poniedziałek, 7 listopada 2011

Kącik porad prawnych

Perturbacje, zamieszanie, nieporozumienia logistyczne itp., które stały się moim udziałem w ciągu ostatnich kilku lat przy okazji najrozmaitszych konferencji, skłoniły mnie do zawierania umów z zamawiającymi zawczasu. Stopniowo, w miarę mojego starzenia się (lub - subtelniej - przyrostu doświadczenia zawodowego), formuła umowy zmieniała się, zawierając czasem wręcz idiotycznie błahe elementy. Okazuje się jednak, że wcale nie są one takie błahe, ani takie idiotyczne, bo jeśli się wszystkiego odpowiednio wcześnie nie doprecyzuje, może się okazać, że lądujemy w motelu pod miastem, w kabinie nie ma wentylacji (a nasz poprzednik palił papierosy), do picia mamy wodę, wodę lub... wodę (osobiście unikam napojów bezsmakowych przyznając wyższość coca coli i sokom). Pozwoliłam sobie zatem zebrać w postaci jednego wpisu wszystkie te elementy, które warto zawrzeć w umowie podpisywanej z zamawiającym:

1. Przedmiot umowy
a) tłumaczenie z/na język, rodzaj tłumaczenia ustnego,
b) nazwa tłumaczonej konferencji, data i miejsce,
c) godziny tłumaczenia (liczone od wejścia tłumacza na obiekt na co najmniej 15 min przed rozpoczęciem eventu, do wyjścia - przez cały czas 'pomiędzy' tłumacz pozostaje do dyspozycji zamawiającego --> innymi słowy mówiąc nie interesuje nas, że państwo w ciągu 10 godzin konferencji poświęcają 5 godzin na przerwy i nie zgadzamy się pracować za połowę wynagrodzenia w związku z tym...)

2. Zobowiązania tłumacza
a) zobowiązanie do staranności i pracy zgodnej z etyką zawodu
b) klauzula poufności
c) kwestia praw autorskich (jeśli dotyczy)
d) w przypadku niemożności realizacji zlecenia - zobowiązanie do zorganizowania zastępstwa, zaakceptowanego przez Zamawiającego; w przypadku niezorganizowania zastępstwa - zobowiązanie do pokrycia udokumentowanych kosztów zorganizowania tłumaczenia innymi kanałami, poniesionych przez Zamawiającego.

3. Zobowiązania Zamawiającego
a) zobowiązanie do zapewnienia warunków technicznych pracy (kabina, pulpit, słuchawki, odbiorniki --> tu można sobie zapisać jakie słuchawki chcemy, ja np. nienawidzę maleńkich słuchaweczek, które mi spadają z uszu i nie wyciszają porządnie; można też dopisać uwagę nt krzesła, np. ergonomiczny fotel biurowy)
b) wikt i opierunek - określamy, kiedy ma nas karmić zamawiający (w przypadku diet, wegetarianizmu itp - to jest moment, żeby się o siebie upomnieć), osobiście zawsze piszę o stałym dostępie do kawy :D oraz napojach w kabinie (cola, soki). Dalej precyzujemy kwestię noclegu: wskazanie konkretnych nocy oraz standardu hotelu (!!!) - sprawdzone niedawno, jest to istotna kwestia. Można np. podać kilka hoteli w danym mieście jako sugestię zamawiającemu, o co nam chodzi.
c) zobowiązanie do pokrycia kosztów podróży (należy określić kwotę lub doprecyzować, że zamawianie biletów etc. leży po stronie zamawiającego - tak jest łatwiej, ale eventowcy tego nie lubią).
d) zobowiązanie do udostępnienia pełnego zestawu materiałów konferencyjnych oraz możliwości skorzystania z imprez towarzyszących (koncerty, recitale, kolacje koleżeńskie, bankiety - zależnie od fantazji organizatorów różnie się to przedstawia)
e) kwestia praw autorskich - sposób wskazania na prawa autorskie osobiste tłumacza (np podanie nazwiska w broszurze zjazdowej albo na stronie www konferencji), z dokładnym określeniem treści takiego wpisu.
f) zobowiązanie do dostarczenia wszystkich materiałów merytorycznych (streszczenia, ppt etc.) w nieprzekraczalnym terminie .... dni przed rozpoczęciem eventu. Tu praktyczna jest klauzula typu "Zamawiający uznaje fakt, iż niedopełnienie przezeń tego zobowiązania może wpłynąć na obniżenie jakości przekładu ustnego z przyczyny innej niż niezachowanie należytej staranności zawodowej przez Wykonawcę. W takim przypadku Zamawiającemu nie przysługują wobec Wykonawcy roszczenia z tytułu niezachowania należytej staranności zawodowej w przekładzie punktów programu, odnośnie których Zamawiający nie dopełnił obowiązku dostarczenia materiałów merytorycznych." Z doświadczenia bowiem wiem, że te materiały prawie nigdy nie docierają na czas - ba, w trakcie imprezy okazuje się, że a to Iksiński zmienił w nocy prezentację (całkowicie, włącznie z tematem!), a to Igrek ma fantazję nie pokazywania swoich slajdów nikomu, a to Zet wreszcie robił to na kolanie w samolocie więc za pięć dwunasta będzie razem z prezentacją.... pomijając już kwestię sesji, które "na pewno nie będą tłumaczone", a które nagle swoją obecnością zaszczyca zagraniczny gość... i co? I idźże, misiu, do kabiny i gadaj, bo miły pan chce posłuchać :) (To jest też przyczyną, dla których przy obliczaniu wynagrodzenia nie ma opcji cięcia konferencji na milion mniejszych części, bo nie ma bata - zawsze wypadnie coś nieprzewidzianego!)
g) w przypadku niemożności realizacji zlecenia z przyczyn leżących po stronie zamawiającego - zobowiązanie do wypłacenia należnego wynagrodzenia w niezmienionej kwocie (taki bat nad głową, coby się nie odwoływali w ostatniej chwili).

4. Wynagrodzenie
a) należy zawrzeć definicję bloku 4-godz. tłumaczenia. Czyli ramy czasowe od-do, plus całość podana w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że czas 0:15 i 3:45 to taki sam koszt pracy.
b) stawka za blok --> taka, żeby nam się chciało jak na skrzydłach do tej roboty lecieć i dawać z siebie wszystko, choćby nie wiem jakie głupoty opowiadali. Nie czarujmy się - motywacja finansowa j.e.s.t. istotna.
c) określamy raz jeszcze godziny pracy w trakcie eventu i szacujemy zakładany koszt pracy wg stawki blokowej.
d) dodajemy klauzulę (praktyczną niezmiernie), o tym, iż czas pracy może ulec zmianie (wydłużeniu) o ile przedłużą się obrady, wówczas zastosowanie ma stawka jednostkowa (i liczymy po imprezie, czy nam licznik nabił kolejne 4h czy nie).
e) moment / forma wypłaty wynagrodzenia

5. Inne
a) klauzula o koniecznej formie pisemnej
b) odwołanie do KC
c) jurysdykcja sądów miejscowo właściwych w razie problemów z polubownym rozstrzygnięciem kwestii spornych
d) dwie (lub trzy aka ile ich tam będzie) kopie umowy

podpisy stron

I KONIEC :)
Życzę owocnych negocjacji.

How not to translate...

Chyba nie jest z nami, proszę Czytelnika, tak źle. Z nami, czyli tłumaczami pracującymi na ziemi ojczystej, przekładającymi mądre teksty na polski. Ma to jakiś sens, ład i skład oraz jakość wyższą niż praca kolegów zza mórz siedmiu. Dlaczego tak uważam? Proszę bardzo - oto przykład wykopany na stronach Europejskiej Agencji d/s Leków (European Medicines Agency, EMA). Szukałam potwierdzenia jednego faktu nt. produktu leczniczego, którego wszystkie linkowane poniżej dokumenty dotyczą - no i znalazłam: jeden z dokumentów jest mi b. dobrze znany i pewnie gdybym poszperała, to by się okazało, że jeszcze gdzieś na moim dysku tkwią jego wersje robocze zapisywane "na wszelki wypadek" (dokumenty 1 i 3), drugiego nie widziałam wcześniej na oczy (dokumenty 2 i 4).

Dokument 1 - tłumaczenie z angielskiego na polski wykonane przez polskiego tłumacza

Dokument 2 - tłumaczenie z angielskiego na polski wykonane przez ... nie wiem kogo, ale tłumacz to w moim odczuciu nie był, choć etatowy i unijny

Dokument 3 - oryginał Dokumentu 1 w języku angielskim, do porównania

Dokument 4 - oryginał Dokumentu 2 w języku angielskim, do porównania

Dokument 2, będący tłumaczeniem dokumentu 4, poruszył mnie na tyle, że zrobiłam sobie listę pojawiających się w nim "kffiatków", którą prezentuję Czytelnikowi pod rozwagę ze słowem przestrogi "Jak nie należy tłumaczyć" ("How not to translate" - inspiracja tytułem książki by Trinny Woodall & Susannah Constantine):

Oryginał:
Lucentis is used to treat adults with the ‘wet’ form of age-related macular degeneration (AMD) or macular oedema (swelling) caused by diabetes. These are diseases that affect the central part of the retina (called the macula) at the back of the eye and cause loss of ‘straight-ahead’ vision.

Tłumaczenie:
Preparat Lucentis stosuje się w leczeniu pacjentów z wysiękową postacią zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem (AMD, ang. age-related macular degeneration) lub z towarzyszącą cukrzycy opuchlizną (obrzękiem plamki żółtej oka). Choroba ta dotyczy centralnej części siatkówki (określanej jako plamka żółta) na dnie oka i powoduje utratę widzenia centralnego („na wprost”).

Analiza:
Brawo za wysiękową postać AMD i fantazję ad. widzenia centralnego (należy sprawiedliwość temu tłumaczu oddać).
Reszta natomiast, cóż, po prostu wklejam swoją - stworzoną na poczekaniu - wersję tego fragmentu, to będzie jedyne sensowne rozwiązanie: Lucentis stosuje się do leczenia pacjentów dorosłych z wysiękową postacią zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem (AMD) lub obrzękiem (opuchlizną) plamki spowodowanym przez cukrzycę. Są to schorzenia środkowej części siatkówki oka (zwanej plamką) umiejscowionej w tylnej jego części, które powodują utratę widzenia "na wprost".
I tak najbardziej powala na kolana stosowany dalej konsekwentnie jako odpowiednik DME zwrot "opuchlizna plamki na te cukrzycy" :)

Oryginał:
Two of the studies compared Lucentis with a sham injection.
Tłumaczenie:
W dwóch spośród przeprowadzonych badań preparat Lucentis porównywano z symulowanym
wstrzyknięciem.
Komentarz:
W dalszej części dokumentu jako odpowiednika "sham/ sham injection" używane są m.in. "zabieg symulowany", "wstrzyknięcie placebo".... a nie dało się po prostu "iniekcja pozorowana"? Czy stosowanie spójnej terminologii jest naprawdę takie trudne?

No właśnie... tkwiąc w temacie przez dłuższy czas i zasadniczo znając ten lek na wylot niemalże, nie mogłam się powstrzymać od upuszczenia kilku mililitrów jadu...

wtorek, 19 kwietnia 2011

Z pamiętnika młodej tłumaczki

Troszkę mnie młodzi koledzy natchnęli swoimi listami, trochę CST swoimi materiałami pozostawiającymi sporo do życzenia w zakresie profesjonalizmu terminologii medycznej w języku polskim - tak czy inaczej z wrażenia wykopałam sobie na pięknym portalu youtube.com kilka interesujących materiałów, którymi dziś - w charakterze inspiracji - pragnę się z czytelnikami podzielić.
Autorką tych materiałów jest Pani będąca obecnie w b. sędziwym wieku, z wykształcenia scenarzystka po Państwowym Instytucie Sztuk Teatralnych (podkreślam fakt, że z medycyną miała tyle wspólnego, co każdy przeciętny pacjent i obowiązek znajomości oraz używania terminologii zasadniczo żaden). Pani Ewa Szumańska, bo o niej piszę, jest autorką serii skeczy "Z Pamiętnika Młodej Lekarki". Choć w dość ewidentny sposób odnoszą się one do zagadnień społeczno-politycznych, żartobliwie przedstawiając otaczającą rzeczywistość minionej dla nas (a bieżącej dla ówcześnie tworzącej artystki) epoki, zwróciłam uwagę na inny element. Otóż w narrację w sposób mistrzowski wpleciona jest poprawna terminologia medyczna, powszechnie używany jest ten charakterystyczny dla lekarzy sposób łączenia wyrazów oraz fraz, co daje naprawdę wybitny efekt. Po przesłuchaniu jednego nagrania, zestawiło mi się ono w umyśle z analizowanymi w poprzednim wpisie materiałami CSTu i z żalem pomyślałam: scenarzystka kilkadziesiąt lat temu potrafiła, a współczesny tłumacz już nie zawsze....

Dedykuję czytelnikom nagrania pt Wyrostek, Niedrożność jelit oraz Omam. Miłego słuchania!!!





poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Po dłuższej przerwie....

Na początek słowo wyjaśnienia: codzienność mnie dobiła. Codzienność, czyli 150-200% normy (działam jak za epoki planów 5-letnich...), plus codzienność czyli choroba, która mnie upakowała do łóżka na pełne 2 tygodnie, z których jednego nie pamiętam, a w drugim nie mówiłam :)

Jestem jednakowoż w dość dobrej formie, chyba nawet trochę mądrzejsza niż przedtem, bo po 2 arcyciekawych zjazdach: Forum Chirurgii Okulistycznej oraz Konferencji Szkoleniowej Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Zdecydowanie od dobrych 2 miesięcy zalega mi na sumieniu zawodowym list od kolejnej Czytelniczki, który - jak sądzę - jest wyrazem dość powszechnych bolączek początkujących tłumaczy oraz zamieszania, jakie na rynku panuje. Mam nadzieję, że Czytelniczka nie ma nic przeciwko zamieszczeniu jego fragmentów, jak bowiem pisze, usiłowała go dodać w charakterze komentarza, niestety technologia zawiodła...

Czytelniczka pisze zatem: "jestem już na "dobrej drodze" jeśli chodzi o kierunek studiów,
znalazłam swoją działkę, którą chcę się zająć, na własną rękę próbuję się doszkalać i czytać, czytać, czytać i ćwiczę pewność siebie zgłaszając się do wszystkiego z nastawieniem, że "będę musiała sobie poradzić"".


No i taką postawę się chwali - określenie kierunku, nastawienie na zdobywanie wiedzy fachowej plus "no risk no fun" :)

Kolejne słowa jednak tchną mniejszym optymizmem: "Teraz postaram się ominąć tą przybijającą część historii polegającą na tym, że nikt nie jest zainteresowany współpracą z osobą bez udokumentowanego rozległego doświadczenia, nawet o ironio, za darmo (do tłumaczeń wolontariackich typu ustnych bądź trochę bardziej specjalistycznych, też nigdy nie zostałam wybrana). Nie wiem czy kiedyś było łatwiej, było mniej tłumaczy czy inny rynek - nie wiem, bo
podczytując różne fora widzę, że narzekają także tłumacze z ugruntowaną pozycją. Omijam ten aspekt, gdyż wiem, że nie istnieje złota rada co zrobić w takiej sytuacji - chociaż jeśli Pani takową posiada to chętnie wysłucham :)"


Przyznam zupełnie szczerze, że słucham takich historii (a słyszę ich wbrew pozorom sporo) trochę jak bajki o żelaznym wilku... Jedna rzecz, że nie pamiętam takich momentów z historii własnej drogi zawodowej - to można jednak tłumaczyć faktem, że "proszę starszej pani, to inne czasy były", a z moich "młoda i niedoświadczona" zostało już tylko "i" :) Po wtóre natomiast częste występowanie takich zdarzeń mogłoby wskazywać na dwie rzeczy - albo mamy w kraju nadmiar tłumaczy (co w specjalizacji medycznej jest absolutną nieprawdą i w związku z czym podejmuję usilne próby poszerzenia mojej doby, bo 24h to jakby ciut za mało...), albo "starzy wyjadacze" monopolizują rynek - co chyba też prawdą nie jest, bo w pisemnych medycznych słychać całkiem sporo, często nowych, nazwisk (zrobiłam sobie ostatnio ich przegląd subiektywny na stoiskach targowych kilku wydawnictw medycznych - naprawdę to nie są ciągle te same osoby, i w obrębie danej specjalizacji, i w różnych specjalizacjach). Niemniej jednak coś ewidentnie nie działa, skoro chęci do pracy są, a pracy nie ma :) Co??? To jedno z lepszych pytań, jak sądzę... Moja hipoteza robocza brzmi "Zły Adres", a konkretniej "Zły Adresat". Szkolenie młodych wiąże się z ryzykiem przejściowego pogorszenia jakości pracy. Myślę sobie, że jest to ryzyko, które z wielu względów zupełnie nie leży w interesie agencji tłumaczeń. Jeśli zatem Czytelniczka uderzała tamże w celu zdobycia doświadczeń, choćby gratisowo wykonując tłumaczenia, to - tak czy inaczej - ryzyko pozostaje nieszczególnie zmienione, albowiem ktoś to później musi przejrzeć (tzw. Doświadczony Tłumacz), co przedłuża czas wykonania zlecenia plus niekoniecznie Doświadczony Tłumacz chce wykonać "rzeźbę w Calle" (sama to mówię agencjom, gdy pytają czy "znajdę chwilkę" na korektę 20 stron tekstu). Do kogo z tym pójść? Przy odrobinie szczęścia tacy jak ja :) mogą potrzebować podwykonawcy, który docelowo stanie się partnerem do pracy (i chwała Bogu, nie ma non-stop pełnego obłożenia) i - jeśli się okaże, że obok wiedzy "na piśmie" ma również tzw. gadane - da się z niego zrobić KonKabina/ KonKabinę. Można uderzać do fundacji i stowarzyszeń - oni potrzebują tłumaczeń, zwykle mają wiedzę fachową sporą, więc korektę mogą sobie stuknąć sami (co zresztą robią), a wolontariaty wszelkie są more than welcome. Oczywiście, jeśli ta hipoteza robocza została zawczasu obalona, proszę o poinformowanie mnie - chętnie poszerzę horyzonty.

W dalszych słowach listu czytam: "Zwracam się o radę w kwestii pani specjalizacji i specjalizacji, którą sama chciałabym obrać czyli w kwestii tłumaczeń medycznych. Ta dziedzina zawsze mnie interesowała i staram się jak mogę, aby zrealizować swój cel. Na studiach i na
praktykach tłumaczenia medyczne omijane są szerokim łukiem, królują biznes, finanse i prawo. Zdaję sobie sprawę, że ze względu na poziom trudności takich tłumaczeń nie jestem w stanie sama opanować potrzebnej wiedzy (brak materiałów, możliwość wyuczenia np. nieprawidłowych odpowiedników), tak jak w przypadku każdych innych tłumaczeń trzeba mieć jakieś podstawy (bo tego, że potem każdy tekst wymaga siedzenia i czytania na dany temat, także już doświadczyłam).
Nawet jeśli opanowałabym coś na własną rękę to pozostaje problem, tego że nikt nie zatrudni osoby bez udokumentowanego doświadczenia tym bardziej w takiej dziedzinie. Ponadto, zewsząd słyszę głosy zniechęcające mnie do tego typu tłumaczeń, co motywowane jest tym, że takimi tłumaczeniami zajmują się głównie osoby po medycynie."


Hmm... Staraj się Czytelniczko - to w charakterze słów wstępnych. Jeśli medycyna jest Twoją prawdziwą pasją, znaczy fascynuje Cię to, co się w człowieku na różnych poziomach - układowym, narządowym, molekularnym, wreszcie genetycznym dzieje i jakim cudem cała ta układanka współpracuje ze sobą jako świetnie zgrana fabryka, to nie mogłaś trafić lepiej, zwłaszcza jeśli dla odmiany nie pociąga Cię odpowiedzialność za życie i zdrowie realnego pacjenta w liczbie wybitnie mnogiej, którego Twoje decyzje mogą zabić lub uzdrowić... Tu, w tłumaczeniach, ta odpowiedzialność wprawdzie się pojawia (zwłaszcza jeśli wysyła się pacjentów na leczenie poza PL z dokumentacją w obcym narzeczu zrobioną naszą własną ręką - tu po sapersku pomyłka = śmierć), nie jest jednak stała, 24-godzinna przez 365 dni w roku. Natomiast zdecydowanie jest to fantastyczne poletko w rozumieniu edukacyjnym, dodatkowo z perspektywy kilku lat w tłumaczeniu danej specjalizacji widać postęp naukowy jak na dłoni, co daje po części satysfakcję z możliwości przekazania go "pod strzechy" w przedrukach artykułów, w prezentacjach zjazdowych etc. - rozwój zatem gwarantowany. I to gratisowo!
Ad. dalszych słów, niestety uczelnie medycyny się "boją" (?). Ten lęk (czy "lęk") przekazują swoim studentom - przyszłym tłumaczom, którzy następnie unikają słowa "medyczny" jak ognia czy przysłowiowej święconej wody. I tak mamy tysiące tłumaczy unijnych, prawnych, biznesowych czy finansowych oraz dziesiątki tłumaczy medycznych. Z tej liczby należy odsiać tych, którzy znają się na branży (czyli są lekarzami), ale brakuje im lekkiego pióra lub umiejętności komunikacyjnych, na czym cierpi jakość oraz tych, którzy znają język natomiast wiedza fachowa stoi u ich drzwi i dobija się coraz głośniej... tylko nikt jej nie chce wpuścić. Tak kończymy z liczbą kilku, w moim odczuciu, naprawdę dobrych tłumaczy medycznych, z częścią których miałam/ mam przyjemność współpracować i których nazwisko działa naprawdę uspokajająco (jeśli ktoś troszczy się o jakość przekładu pisemnego czy ustnego).
Czy zatem tłumaczeń medycznych można nauczyć się w szkole...? Myślę, że to pytanie dobre do sprowokowania szerokiej dyskusji... Osobiście raczej skłaniam się ku zaprzeczeniu i śpieszę podać swoje uzasadnienie: w naszym pięknym kraju istnieje Centrum Szkoleń Tłumaczeniowych w Sosnowcu, które jako jedyne prowadzi szkolenia dla tłumaczy medycznych. Z tłumaczami po ich specjalizacji medyczno-prawnej (swoją drogą, cóż za niefortunne połączenie) miałam (i mam) kontakt - plus: są to w przeważającej większości ludzie mocno plastyczni, elastyczni, czyli "do wyrobienia" i chcą się uczyć, minus - słownictwo wykorzystywane czasami załamuje "zatwardzenie" (jako odp. constipation, czyli zaparcia), kultura (jako odp. culture w mikrobiologii, czyli posiew...), dalekowzroczność starcza (jako odp. presbyopia, czyli starczowzroczności aka presbyopii w j. polskim - jedną z tych nazw tendencyjnie uznaje się za niepoprawną politycznie). Zastanawiałam się, czy przyczyną tego stanu rzeczy (takie "kffiatki" pojawiały się w tekstach wszystkich osób po tym szkoleniu...) są właściwości osobnicze, ale po dotarciu do opublikowanych na stronie www CST materiałów, zrozumiałam wszystko. Mamy bowiem tekst oryginalny treści następującej:

Does nose surgery require external incisions?
Rhinoplasty can be performed either by incisions on the inside of the nostrils or in conjunction with a small incision at the base of the nose. This incision heals without a trace and it allows a detailed inspection of the internal structures of the nose. Although most nose surgeries in the past were performed without this additional incision, nowadays more "open" rhinoplasties are done which allow more precision in correcting disfigurements.

oraz odgórne jego tłumaczenie na język polski, które brzmi tak:

Czy operacja nosa wymaga zewnętrznych nacięć?
Operacje nosa mogą być przeprowadzane albo wyłącznie poprzez nacięcia wewnątrz dziurek nosowych albo przez kombinacje tych nacięć z kilkumilimetrowym nacięciem u podstawy nosa. Nacięcie to goi się zwykle bez śladu a pozwala na dokładną inspekcję wewnętrznych struktur nosa. Chociaż większość operacji nosa była wykonywana kiedyś bez tego dodatkowego nacięcia, obecnie coraz więcej operacji jest robione sposobem "open", które pozwala na bardziej precyzyjną korektę zniekształceń.

I kiedy zobaczyłam te wszystkie "operacje nosa", "dziurki nosowe", "inspekcje", "sposób open" - wszystko stało się jasne, choć sam program szkolenia jest - przyznać należy - dość interesujący:

Program minimum specjalizacji medyczno-prawnej

(z wyłączeniem wspomnianego tam układu trawienno-wydalniczego, którego określenie w ten sposób samo w sobie jest błędem rażącym i mam głębokie przekonanie oraz nadzieję, że razi nie tylko mnie)

Jasne zatem jest, dlaczego tłumaczenia medyczne w Polsce wyglądają tak, jak wyglądają - brak szkoleń, brak wiedzy i bariera gigantyczna między hermetycznym światem lekarzy a rozsianym i chaotycznym światem tłumaczy. Spore pole do działania pozostaje w zakresie likwidacji tej bariery.

Czy można zatem samemu opanować tę "wiedzę tajemną" (sformułowanie jest autentykiem z przemówienia ubiegłorocznej absolwentki WUM, która swoim wystąpieniem wprawiła mnie i świeżo zaaklamowanego Doktora Honoris Causa WUM uczestniczącego w uroczystości w niebywałe wręcz osłupienie)? Myślę, że na poziomie tłumaczeń - tak. Czego potrzeba? - Ciekawości, pasji, dobrego stylu uczenia się (sięgając do mojego ulubionego aspektu metodyki glotodydaktycznej, należy być typem CALP a nie BICS), umiejętności szybkiego i skutecznego wyszukiwania informacji w internecie i piśmiennictwie drukowanym, "telefonu do przyjaciela" w wypadkach ścian nie do przeskoczenia i dziur w wiedzy, które koniecznie należy załatać tu, teraz, natychmiast. Nie uważam, że tłumaczem medycznym jest ktoś, kto rzadziej lub częściej medycynę tłumaczy i do tego jego kontakt z dziedziną się ogranicza. Taki ktoś jest tłumaczem. Może nawet dobrym tłumaczem (przy odrobinie szczęścia). Może nawet medycynę tłumaczy poprawnie - niewykluczone. Natomiast żeby być tłumaczem medycznym "pełną gębą", potrzeba dodatkowo zacięcia ideologicznego, pędu do wiedzy, doczytywania piśmiennictwa z przyjemnością po godzinach, w czasie wolnym, takiego "radaru" do wyłapywania nowinek medycznych z otaczającego świata i umiejętności kojarzenia faktów budując z nich spójny obraz tej Królowej Nauk. Ów pęd do wiedzy spowoduje to, o czym Czytelniczka pisała - czytam literaturę przedmiotu przez cały dzień, a potem dopiero siadam do tłumaczenia tekstu z tej dziedziny albo zainspirowana jednym zdaniem z czyjegoś wystąpienia wracam do domu i natychmiast doczytuję wszystko, co mogę znaleźć na ten temat (btw, mnie ostatnio zainspirowało działanie montelukastu na poziomie komórkowym, więc ambitnie zbłębiam temat). Jeśli już zdarzy się dostać zlecenie, należy się do niego b. dobrze przygotować - nie tylko glosariusz zawierający w jednej kolumnie słówka polskie, a w drugiej ich odpowiedniki w obcym narzeczu. Przygotowanie będzie obejmowało zrozumienie tematu - czyli np. czym różni się trabekulotomia od trabekulektomii ("bo ja mam subtelne wrażenie, panie Piotrze, że pan chyba tej różnicy nie pojmuje w pełni" by profesor K. Pecold) tudzież owa nieszczęsna presbyopia od dalekowzroczności starczej (przykłady z mojej "grządki" najgęściej obsianej, czyli okulistyki).

Głosów zniechęcających zaś, droga Czytelniczko, po prostu nie należy słuchać :) i "róbmy swoje".

Oddajmy jednak głos samej Czytelniczce, która kończy wywód stwierdzeniem: "Nie wiem, ile w tym stwierdzeniu (że medycynę tłumaczą tylko lekarze - przyp. red.) jest prawdy - a nie wyobrażam sobie iść na studia medyczne tylko z takich pobudek, tak jak można by łączyć np. filologię z prawem czy ekonomią. Biura tłumaczeń nie chcą brać na praktyki, tłumacze nie są zainteresowani mentorowaniem. Czy miałaby Pani jakąś radę, co do materiałów, możliwych kursów, miejsc gdzie można się zgłosić? Staram się nie tracić optymizmu, że dane mi będzie robić w życiu to, co najbardziej chciałabym robić."

Prawdy jest w nim równie mało jak dużo :) Ja jestem frakcją nie-lekarską-a-jednak-medyczną. Z wykształcenia jestem filologiem anglistą oraz specjalistą HR, z czym się zresztą nigdy nie kryłam i nie kryję. Tłumaczę medycynę, która jest moją wielką życiową pasją, co również nie jest tajemnicą. Pasja i perfekcjonizm przekładają się na jakość, co doceniają zadowoleni klienci, będący największymi polskimi ekspertami w swoich specjalizacjach. Zatem - da się :)
I również nie wyobrażam sobie, żeby nie planując pracy w zawodzie spędzić 6 lat na uczeniu się terminologii :), bo do tego by się studia medyczne - de facto - wówczas sprowadzały. Chyba nie tędy droga.

Materiały? Bardzo proszę: www.termedia.pl; www.okulistyka.com.pl; www.urologiapolska.pl; www.pneumonologia.viamedica.pl; www.ppn.viamedica.pl; www.neuroedu.pl - trochę tego jest.... tylko siedzieć i czytać. Z zagranicznych polecam PubMed i wszystkie linki angielskojęzyczne, w których występuje "ncbi.nlm.nih.gov" można uznać za terminologicznie wiarygodne ;)

Kursy...? Przymierzam się do tego od dwóch-trzech lat i mam nadzieję finalnie zakończyć zmagania z planowaniem i zrealizować pierwszy taki kurs już wkrótce, ale narazie o tym ćśśśś... Mam nadzieję, że będzie to odpowiedź na istniejące potrzeby, że będzie pożyteczny, oferujący praktyczne rozwiązania i skutkujący nawiązaniem nowych, korzystnych obustronnie relacji zawodowych.

Co do optymizmu - nie wolno tracić ducha! Wiara w słuszność obranego kierunku i możliwość zaoferowania otoczeniu tego, czego ono rzeczywiście potrzebuje, a co jest dobrej próby, stanowi podstawę działania w jakimkolwiek biznesie. Niech Czytelniczka (i nie tylko ona ;-) o tym nie zapomina.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Karolina Kalisz

środa, 2 lutego 2011

Dla początkujących :)

Czytelniczka napisała maila. Dziękuję Czytelniczce :)
Czytelniczka jest początkująca w początkach i pyta o radę, co zrobić, żeby nie tylko przeżyć, ale także zaistnieć oraz dojść do doskonałej równowagi między stanem CV i portfela :)
Spłodziłam e-mail adresowany początkowo do samej czytelniczki, po głębszym namyśle jednak wklejam poniżej jego pełną treść wiedziona przekonaniem, że może przydać się większej liczbie młodych kolegów po fachu.

Moja rada? Po pierwsze: Znajdź coś, co absolutnie pokochasz w tłumaczeniach, powód dla którego nie żal będzie ci zarwać noc albo spędzić cały dzień na nauce tej dziedziny (zanim siądziesz do tekstu na ten temat - tak bywa, często najpierw cały dzień czytam, żeby sobie wyrobić ogólne pojęcie w temacie, a potem dopiero tłumaczę...). I konsekwentnie się tego trzymaj.

Druga rada: zainwestuj w pewność siebie. Ten kurs asertywności o którym pisałam na blogu, to nie miała być obelga pod niczyim adresem, tylko autentyczna dobra rada. Wszelkie treningi umiejętności interpersonalnych, kursy negocjacji, ja poszłam w skrajność z HRami, ale też psychoterapie itp. --> podnoszą samoocenę i umiejętność komunikacji bez agresji, za to z pożądaną asertywnością oraz negocjacji z pozycji "ja jestem OK i ty jesteś OK".

Trzecia rada: Ceń się. Za tanie pieniądze psy mięso jedzą. I nie daj sobie wcisnąć "droga pani taki rynek", bo rynek jest taki, jakim go sami stworzymy.

Na koniec na zachętę autentyk: dzwoni kiedyś moja komórka (rok 2005). Odbieram -> dzień dobry, pani Karolino. - Dzień dobry. - Tu agencja tłumaczeń XYZ, ja chciałbym zapytać czy pani wykonuje tłumaczenia ustne. -> yyy.... taaaaaakkk.. wyyyykonuję (kasy mało było akurat). - A symultaniczne? - Nooo taaaaak....ooooczywiście (omatkozecórkąacototakiego?!). A czy jest pani wolna jutro o 12? - Taaaaaak. - Wobec tego zapraszam tu i tu, 1.5 godziny symultaniczne, cena NN PLN. (mało nie krzyknęłam WOOOW do słuchawki)
I tą metodą widząc sprzęt po raz pierwszy w życiu wykonałam całkiem sama tłumaczenie symultaniczne dla sieci Carrefour, a ich akcja promocyjna "Magia Kodów" swoją polską nazwę zawdzięcza mojemu debiutowi w branży. Oryginalnie miała się nazywać "Magiczny kod", ale ja lubię wszędzie swoje 3 grosze wtrącić, a te akurat się spodobały zarządowi firmy :D

Powodzenia!!!
Karolina

sobota, 29 stycznia 2011

Pecunia non olet... ale na omlet wystarczyć musi!

Będzie o sprawach przyziemnych. Siedzi we mnie zadra od prawie miesiąca, od momentu opublikowania przez Najdemokratyczniejszą z Gazet artykułu "Czekam na przelew". Piszą w artykule przedstawiciele najrozmaitszych wolnych zawodów o tym, jak to na codzień ciężko im wyegzekwować należności od zleceniodawców. Przeczytałam, usiadłam (bo musiałam) i - używając terminologii koleżanek mojej Pierworodnej - cycki mi opadły :P (tak, tak, ja nawołująca do czystości języka romansuję na boku z młodzieżowym slangiem. Uprasza się purystów o niespalanie mnie na tę okoliczność na stosie)
Pisze zatem 33-letni kolega po fachu o radosnym nicku Marceli Szpak: "W dniu spodziewanego przelewu na internetowej stronie swojego banku jestem co godzina. Wiem, że zaczynają księgować od rana. Pierwsze wpływy powinny być o 14. Jeśli nie ma, to jest ciche "kur..". Potem im bardziej zaglądam, tym bardziej nie ma. Albo jakimś cudem pojawia się pod wieczór. Ale zazwyczaj nie."

Pytanie 1 - Z kim kolega współpracuje i dlaczego jest w tym aspekcie niewyuczalny, skoro już się zdążył "przejechać" parę razy?

Pytanie 2 - Czy kolega ma tylko jedno zlecenie miesięcznie, że leci jeden przelew i generuje masę stresu? Może wypadałoby popracować nad marketingiem własnych usług i rozszerzyć bazę klientów?

Komentarz 1 - Należy zorganizować sobie bazę zleceń i klientów w taki sposób, by żadną miarą nasza płynność finansowa NIE była uzależniona od jednego przelewu. I najlepiej przelewy te rozstawić w ciągu miesiąca, tak by mieć kilka zastrzyków gotówki w regularnych odstępach czasu.

Czytajmy dalej: "Więc następnego dnia rano wysyłam uprzejmego maila. Za każdym razem innego. Na przykład: "Witam, czy coś już wiadomo z rozliczeniami? Bo niestety nadal nie dostałem od Was umowy, choć planowaliśmy rozliczenie na zeszły miesiąc. Jeśli znajdzie Pan chwilę, żeby sprawdzić, jak rozwija się sytuacja, to byłbym wdzięczny za informację"

Hmm... kurs asertywności prosi o zainteresowanie.... tego typu korespondencję prowadzi się formalnie i surowo: Informuję, iż do dnia xx/xx/xxxx nie otrzymałem wynagrodzenia z tytułu xxxxx. Proszę o wywiązanie się ze zobowiązania wynikającego z umowy z dnia xx/xx/xxxx. Niniejsza korespondencja stanowi oficjalne wezwanie do zapłaty. Nie widzę powodu do dbania o dobre samopoczucie zleceniodawcy, jeśli on nie czuje potrzeby zadbania o moje. I nie myślę o sobie tak źle, by żebrać i błagać o łaskawe rzucenie mi ochłapu tego, co mi się słusznie i prawnie należy. Jestem profesjonalistą? Jestem. Wykonuję pracę? A jakże! A z tego tytułu mam prawo do godziwego i terminowo wypłacanego wynagrodzenia. Jeśli ktoś uważa inaczej, sugeruję co najmniej trening asertywności, a w zależności od innych uwarunkowań indywidualnych być może psychoterapię! (i nie, to nie jest ani żart, ani złośliwość)

Pytanie 3 - Na jakim świecie kolega-tłumacz żyje, żeby podejmować pracę BEZ uprzedniego zawarcia umowy, określającego jej przedmiot, termin wykonania dzieła, sposób rozliczenia i termin zapłaty?

Funkcję takiej umowy może pełnić choćby email ze zleceniem, obie strony korespondencyjnie uzgadniają szczegóły, potwierdzają je i wówczas praca jest wykonywana. Jeśli mam zastrzeżenia czy obiekcje co do wiarygodności klienta, proszę o przelanie zaliczki lub całości kwoty i dopiero po uznaniu konta wysyłam tekst. Ponadto już dość dawno temu starożytni Rzymianie wymyślili skaner. To niezwykle przydatne urządzenie pozwala na zapisanie podpisanej umowy w popularnym formacie *.jpg, *.pdf czy *.tif wówczas można go odesłać kontrahentowi i taką samą trasą otrzymać z powrotem - i już jesteśmy zabezpieczeni. Oryginały fruwają natomiast pocztą i nie trwa to dłużej niż realizacja zlecenia.

Komentarz 2 - Nie warto polegać na standardowych umowach przygotowywanych przez agencje, wydawców i kogo-tam-jeszcze. O profesjonalizmie świadczy posiadanie własnego szablonu umowy na wykonanie tłumaczenia pisemnego, konsekutywnego oraz symultanicznego oraz SAMODZIELNE wystawianie rachunków do tychże umów (dość oczywiste w przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą, mniej oczywiste w przypadku realizujących umowy cywilnoprawne). I jeszcze małe post scriptum: Kto powiedział, że prowadząc działalność gospodarczą i fakturując nie zawiera się umów? Poważne firmy od tego zaczynają współpracę b2b.

Dalszy fragment perypetii i zwierzeń Marcelego Szpaka: "Prawidłowa kindersztuba czasami czyni cuda. Ale ci nadal mi nie zapłacili. To był jakiś bzdurny artykuł o zaletach piractwa internetowego, za przetłumaczenie którego miałem dostać 400 złotych. Ale niestety pismo upadło. Miesiąc po tym mailu przysłali mi umowę do wypełnienia. W ten sposób dowiedziałem się, że pismo wydawała akademia w Krakowie, więc teoretycznie kasa jest do odzyskania. Aha, przy okazji stawka spadła do 250 PLN. Wkurzyło mnie to, ale nie na tyle, żeby się szarpać. Szarpać się zaczynam od 500 w górę"

I jeszcze raz: żadna stawka nie spadnie, jeśli jest na nią podkładka w postaci umowy.

"Najpopularniejsza wymówka brzmi tak samo. W prawie w każdym wydawnictwie słyszę: szef nie podpisał umowy. I potrafi tak nie podpisywać przez kilka tygodni, co odbiera pole manewru, bo do szefa dostępu nie ma. A przecież nie będę wyżywał się na biednych paniach z redakcji. To tak jakby opieprzać panią na poczcie, że paczka się zgubiła. Więc cierpliwie nękam kolejnymi mailami."

No way! Szef nie podpisał? Aha - to ja nie zaczynam tłumaczenia...

W przypadku konferencji i pokrewnych, dążę do zawierania umów możliwie długo przed rozpoczęciem eventu i ustalenia tak drobnych szczegółów jak rodzaj krzesła, słuchawek w kabinie, napoje serwowane w trakcie eventu w ramach "płukanki do gardła" (żeby nie było "bo my mamy tylko wodę" - ja wody nie znoszę, zwłaszcza niegazowanej....). I równo zobowiązane są obie strony, każda z tytułu niewywiązania się ze zobowiązań krewna jest drugiej stronie adekwatne zadośćuczynienie. Problemów nie notuję.

Na co narzeka w kolejnych słowach Marceli Szpak? Posłuchajmy: "Nie za bardzo potrafię rozmawiać o kasie. Zresztą ja nie bardzo lubię rozmawiać z ludźmi. Telefonicznie ścigałem tylko jednego wydawcę. "

Uuuuu.... kochany... to na pustelnię albo na państwowy etat, a nie szczęścia szukać w wolnym zawodzie. Za rok, dwa, wyschniesz z frustracji i znikniesz.

Mój patent na rozmowę o pieniądzach i rozmowy z ludźmi? Bardzo proszę. Nie twierdzę, że "nigdy tak nie miałam". Skłamałabym - miałam bowiem, i to w znacznym nasileniu :) Z całym przekonaniem natomiast uważam, że:

Komentarz 3: Każdy może nauczyć się rozmawiać z ludźmi, i to rozmawiać z nimi o pieniądzach!

Komentarz 4: Trwanie przy status quo (nie umiem rozmawiać z ludźmi o kasie i takim mnie Panie Boże stworzyłeś, więc będę tkwił na pozycji ofiary losu do końca moich dni) jest błędem!

Co zrobiłam osobiście? Podzielę się, może się komuś przyda ten patent. Na początek trochę historii: Moje początki w tłumaczeniach to rok 2004, początek IV kwartału. Wcześniej były 4 lata pracy na państwowej posadzie - czyli 1 każdego miesiąca mikrowynagrodzenie przelewane na konto, 2 miesiące wakacji, 2 tygodnie ferii, 18 godzinny etat w miejscu pracy (plus ileś-tam w domu, wg potrzeb), przerzucanie tony zbędnych papierów i z roku na rok coraz mniej kontaktu z uczniami i coraz mniejsza satysfakcja finansowa... za to coraz większa frustracja. Taka sfrustrowana (i biznesowo zupełnie zielona) zlądowałam na rynku wolnych zawodów, po jakimś czasie odkrywając ze zdumieniem (w okolicy roku 2006), że właściwie to nie idzie mi z dwóch głównych powodów: a) nie umiem rozmawiać z ludźmi i b) nie umiem negocjować finansów (coś jak Marceli Szpak). Zatem w październiku AD 2006 rozpoczęłam studia podyplomowe, które zajęły mi rok życia i ca. 4 tys PLN, ale była to b. opłacalna inwestycja! Złapałam zupełnie inną perspektywę. Zaczęłam dostrzegać próby manipulacji, nauczyłam się w sposób nieszkodzący mnie i innym komunikować swoje oczekiwania, zrozumiałam jakie są moje mocne/słabe strony w zakresie umiejętności negocjacyjnych, nauczyłam się, w jaki sposób mogę zrobić z tych pierwszych użytek, jednocześnie unikając konieczności prezentowania tych ostatnich. Po roku, po dyplomie, sytuacja zaczęła się zmieniać. I chociaż nigdy oficjalnie nie pracowałam w nowym zawodzie, uznaję ten kierunek za jeden z lepszych wyborów, jakich w życiu dokonałam. Zlecenia zaczęły się pojawiać, ja umiałam wyjść "do ludzi" czyli sprzedać te usługi i wzbudzić ich zainteresowanie moimi kompetencjami. Rychło stworzyła się baza stałych klientów, głównie instytucji z mojego obszaru zainteresowań. Są ze mną do dziś. I skłamałabym mówiąc, że zdarza mi się, że ktoś nie płaci, bo NIE zdarza :)

Cytując Marcelego Szpaka: "Kiedyś gadałem z paroma znajomymi tłumaczami na Skypie i okazało się, że wszyscy czekamy na przelew. No to poczekajmy razem - pomyślałem i założyłem na Facebooku grupę "Czekam na przelew".

Jak zobaczyłem, że w ciągu 24 godzin zapisało się do niej tysiąc osób, to mi trochę szczęka opadła. Ostatnio nie zaglądam tam za często, ile można czytać narzekań."

A może warto zmienić grupę? Np na Rozwój Osobisty?

I puenta, mało trafiona, by Marceli: "I tak każde z nas walczy na własną rękę. Z różnym skutkiem. Moim sposobem jest uporczywa uprzejmość. Jestem miły, spokojny i namolny, aż wszyscy mają mnie dość i w końcu robią, co powinni. Więc nie narzekam. Nikt mi nie truje nad głową, robię coś, co daje mi całkiem sporo satysfakcji i przyjemny dochód. Średnio wychodzi jakieś 4 tysiące na miesiąc. Po prostu nie ma się tylko co nastawiać, że tyle będzie co miesiąc."

Aha, no to się dowiedziałam, że 4k w zawodzie tłumacza to "przyjemny dochód" i że nie bywa tak przyjemnie co miesiąc. Gdybym miała w perspektywie podobną przyjemność, pewnie cierpiałabym na mało przyjemną permanentną biegunkę, bóle głowy i inne objawy nerwicowe.... Ludzie złoci! 4 osoby z tego nie wyżyją, mieszkanie się nie spłaci, auto nie utrzyma, a taka jest moja perspektywa. Kiepska puenta. Naprawdę. Żałosna. Dlaczego żałosna? Dlatego, że można wykonywać ubóstwianą czynność za naprawdę godziwe wynagrodzenie i pracować z ludźmi, a nie taboretami. Tylko fajnie byłoby najpierw popracować, nad własnymi "ludzkimi" a właściwie "międzyludzkimi" (czy też makaronistycznie - interpersonalnymi) umiejętnościami.

piątek, 28 stycznia 2011

Moje dzieci, które żyją swoim życiem

Wspomnienie o korekcie autorskiej skłoniło mnie do poszukiwań tekstów, z którymi miałam do czynienia. Gdzie są teraz moje dzieci? Co się z nimi dzieje?
Poniżej subiektywny przegląd :)


to w wersji angielskojęzycznej jest nie do namierzenia a jednak szanująca się firma za to zapłaciła :)





oraz to plus cała seria dodatkowych materiałów


Wygląda na to, że moje dzieci żyją i mają się nieźle, służąc pożytkowi całego społeczeństwa. To całkiem fajna myśl na koniec dobrego dnia.

Korekta autorska

... znaczy o podręczniku będzie mowa.


Takie coś będzie niedługo w naszym pięknym kraju dostępne, a w tym cudzie również rozdział 8 ręką moją pisany :)

W życiu nic nie szło mi bardziej pod górę, muszę przyznać! Trzeci w życiu podręcznik i najboleśniejszy chyba. Pomijając kwestię "odpowiedniego dawania rzeczy - słowa", czyli nowej terminologii, która mnie tu jednakowoż nie zabolała ani nie podnieciła szczególnie, byłam bowiem w trakcie praktyk ze studentami MSc in Clinical Optometry, czyli bawiliśmy się tak


a czasem nawet tak




Natomiast obciążyła mnie psychicznie dość mocno kolejność przebiegu badania narządu wzroku, to smętne przejście od detalu do detalu.... i detaliczne opisywanie każdego detalu :) Żmudne i nudne. Jednak mam we krwi krótkie prace i zjazdy, gdzie wszystko miga jak w kalejdoskopie. W standardowej poradni zasnęłabym wkrótce snem wiecznym! Pomyśleć, że dla niektórych ten rozdział 8 to cała treść życia zawodowego....

Rozdział jednakowoż został napisany, a teraz stoję przed koniecznością wykonania korekty autorskiej (łomójbożeacototakiego?!) Przy dwóch poprzednich podręcznikach nie było tej sformalizowanej konieczności. Owszem, miałam "przejrzeć" tekst i opatrzyć komentarzami, ale bez konieczności używania znaków korektorskich. W tej chwili natomiast stoję sobie przed tą nieuchronną koniecznością... i stoję tak od 3 dni, a z przeglądarki złowieszczo wyziera następujący obrazek


I jakim cudem ja, prosty człowiek dłubiący swoją rzeźbę w... właściwie ciężko uznać w czym, czasem w człowieku, czasem w lekach :) mam się na tym znać? Strachem przeokrutnym napawa mnie wrogi wzrok kręconych szlaczków, ale już jutro zapewne przyjdzie mi się z tym strachem zmierzyć!

Odpowiednie dać rzeczy - słowo...

... z bliżej nieznanych mi powodów moje polonistki podniecały się niesamowicie cytatem, który umieściłam w tytule tego wpisu. Może na skutek ich niezdrowych fascynacji ostał się on w mojej główce, mimo iż naukę języka ojczystego zakończyłam formalnie jakieś 11 lat temu.

Okazuje się, że po tych 11 latach słowa te mogą mieć zupełnie żywy wydźwięk w moim życiu. Zostałam mianowicie postawiona w sytuacji, w której przyszło mi nazwać w tymże ojczystym języku pojęcia, o których nikt w nim do tej pory nie rozmawiał! Ot, przywilej tych, którzy jako pierwsi mają dostęp do wyników badań naukowych z całego świata.

Pod koniec grudnia spędziłam trochę czasu nad tekstem, który traktował o probiotykach. Dość intrygująco stwierdza autor w pierwszych słowach swoich rozważań, iż odwiecznym prześladowcą medycyny jest tyran, któremu na imię "terminologia". Słowa i określenia żyją dłużej niż ich użycie. Zastępowane są one nowymi zwrotami, które równie rychło wychodzą z obiegu stając się przeżytkiem w świetle nowych odkryć, postępu medycyny i zmieniających się jak w kalejdoskopie koncepcji. I dalej, w kontekście przyszłości probiotyków, przechodzi do opisu niejakich "pharmabiotics". W wielkim skrócie spełniają one kryteria probiotyku pomieszczając w sobie jednocześnie wszelkie postaci manipulacji lub ingerencji w interakcję drobnoustrój – gospodarz – dieta. I sęk w tym, że ów twór w polskojęzycznym leksykonie NIE występuje. Trzeba go było nazwać. Spłynęło na mnie poczucie powagi chwili i odpowiedzialności autorskiej. Po przeanalizowaniu za i przeciw, oraz wszelkich możliwych okoliczności powstało określenie "farmabiotyk pokarmowy", które z nieskrywaną dumą autorską przedstawiam i zachęcam do lektury "Probiotics in Perspective", FERGUS SHANAHAN, GASTROENTEROLOGY 2010;139:1808–1812 (lub rodzimej wersji "Przyszłość probiotyków" na www.stronadoktora.pl)

Galeria