sobota, 26 grudnia 2009

Rozrywki ciąg dalszy - wielojęzyczność

Odwieczne pytanie: Czy lepsze jest wrogiem dobrego? W co warto zainwestować - w jeden język na poziomie C2 czy kilka(naście) na A1 ? :D

W temacie rozmyślań o wielojęzyczności wyszperałam coś takiego....

Czypińdziesiąt od godziny - brutto ma się rozumieć...

Nie sądzę, żeby płacili mu więcej... Have fun!

piątek, 25 grudnia 2009

Świątecznie, czyli alternatywa do karpia

Zdarzają się takie sytuacje, kiedy w połowie płomiennego wystąpienia pada określenie zupełnie z kosmosu, którego znajomość w znaczący sposób wpłynie na zrozumienie przez audytorium treści owego wystąpienia. Co wtedy?
a) tłumacz "robi karpia" czyli otwiera dziób, w słuchawkach słychać żenującą ciszę, lub - co gorsza - buczący dźwięk "yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy"
b) tłumacz pomija fragment z niewygodnym wyrażeniem i nieustraszenie brnie dalej
c) tłumacz rozkłada warsztat tkacki, czyli łata dziury objaśniając wyrażenie metodą "na okrętkę"

Skąd biorą się takie sytuacje i w jaki sposób można minimalizować szanse ich wystąpienia? Jest to tematem opracowania Daniela Gile zatytułowanego "Basic Concepts and Models for Interpreter and Translator training" (tj. Podstawowe Koncepty i Modele w szkoleniu Tłumaczy Ustnych i Pisemnych"). Opracowanie to pochodzi z roku 1995 i na stronach 191-201 podaje szereg "strategii przetrwania" w przekładzie ustnym. Poniżej zamieszczam ich krótkie omówienie.

Przyczynami sytuacji problemowych w tłumaczeniu symultanicznym, wg Gile'a są:
- ograniczona możliwość przetwarzania informacji
- niewłaściwe korzystanie z umiejętności przetwarzania informacji
- luki w wiedzy tłumacza

Co można z tym zrobić? Gile podaje szereg strategii (w nawiasach komentarze własne autorki):
- wydłużenie czasu odpowiedzi (czyli czekamy, aż mówca wyjaśni, co właściwie ma na myśli, jednocześnie przeszukując swoje zasoby mentalne...)
- rekonstrukcja fragmentu tekstu z wykorzystaniem kontekstu oraz własnej wiedzy pozalingwistycznej tłumacza (w sytuacji, gdy brak zrozumienia słowa mówionego wynika z wady wymowy mówcy, zakłóceń technicznych, lub prostego faktu, że mówca tańczy na scenie mając na niej zaledwie jeden, zupełnie niemobilny mikrofon - niestety autentyk)
- "telefon do przyjaciela" :P czyli konkabinie pomóż! (i tu uczulam szanowne tandemy: nie czytajcie gazet, nie wychodźcie z kabiny gdy kolega lub koleżanka wyciska z siebie siódme poty... róbcie notatki, szperajcie w słownikach internetowych, bądźcie na bieżąco, by w razie potrzeby "podrzucić" właściwe słowo, lub całkiem przejąć tłumaczenie)
- szybki rzut oka w dokumenty, prezentacje, słowniki i inne źródła, które zgromadziliśmy w kabinie (tu kolejna sugestia: warto robić glosariusze! wiem, że praca nad nimi daje piękne wrażenie upupienia i żenującej dziedzinady, niemniej warto. W kabinie na ogół brak jest czasu nawet na łyk wody, stąd dobry glosariusz - przygotowany wg kolejności myśli w wystąpieniu mówcy i uwzględniający całość kluczowego słownictwa - jest wyjątkowo użytecznym narzędziem. Wskazówka druga: jeżeli we wszystkich wystąpieniach przewijają się te same słowa, warto spisać je na osobnej kartce, wydrukować większą czcionką i np. zamocować na ścianie kabiny - gdy w trakcie mówienia zabraknie słowa, rzut oka na ścianę wystarczy. Nie zapomnijcie zabrać ze sobą taśmy klejącej lub innego przytwierdzacza!)
- parafraza (czyli warsztat tkacki, wspomniany powyżej)
- zastąpienie określenia szczegółowego terminem bardziej ogólnym (czyli co zrobić, gdy padnie bełkotliwie wymówione nazwisko jakiegoś autorytetu... można powiedzieć "jeden z ekspertów", "mój przedmówca", "profesor, którego wiedzę wysoko cenię..."). Często tego typu sytuacje problemowe biorą się ze zbyt dużego opóźnienia tłumacza w stosunku do mówcy, po prostu nasza pamięć krótkoterminowa (ta od liczb, nazwisk i miejscowości) po prostu nie wyrabia na zakrętach. Warto zatem unikać wydłużania tego interwału w nieskończoność, o ile nie zmuszają nas do tego okoliczności (patrz punkt pierwszy niniejszego omówienia).
- użycie określenia oryginalnego w języku źródłowym (zwłaszcza w przypadku nazwisk i skomplikowanych nazw technicznych). W praktyce powiem: "i to zjawisko nosi angielską nazwę xxx". Skutek jest taki, że przy wprawnym zastosowaniu tej techniki, słuchacze nie są świadomi, że tłumacz miał jakikolwiek problem, gdyż wygląda to na zabieg celowy"
- naturalizacja określeń obcobrzmiących (i tu ma swoje korzenie ogromna rzesza tzw. internacjonalizmów - jako przykłady banalne przychodzą mi do głowy "confocal microscopy" czy "tympanoplasty" etc.)
- transkodowanie (metoda równie użyteczna, co niebezpieczna. Użyteczna w przypadku licznych zapożyczeń m. L1 i L2, podobieństwa Leksykonów obu języków oraz wiedzy słuchaczy z zakresu terminologii fachowej w obu językach. Niebezpieczna, bo prowadzi do dziwnych neologizmów, które - użyte jednorazowo - można znieść i wybaczyć, natomiast mają one złośliwy talent przenikania do słowa pisanego. I tak dochodzimy do sytuacji znanej mi z ostatniej rozmowy z szefem kliniki neurologii jednego z uniwersytetów medycznych. Otóż, popełnił on pracę badawczą, wysoko ocenioną przez rodzimych ekspertów. Zapragnął tę pracę opublikować w jednym z periodyków amerykańskich, przełożył sobie zatem artykuł na j. angielski samodzielnie - korzystając z tego, co koledzy po fachu publikowali wcześniej, z tego co słyszał na konferencjach i czytywał w książkach abstraktów otrzymywanych na okoliczność każdego zjazdu. Pracę pokazał koleżance po fachu, znanej z kompetencji językowych - tłumaczyła pisemnie po godzinach - która uznała ją za dobrze napisaną. Przesłał zatem tekst do wydawnictwa i po tygodniu otrzymał odpowiedź: "Szanowny Panie Profesorze. Pańskie opracowanie wzbudziło nasze zainteresowanie. Z pewnością jest to kolejny krok naprzód w terapii xxx. Jednakże słownictwo użyte w pracy uznajemy za niedopuszczalne w publikacji naukowej. Prosimy o korektę leksykalno - gramatyczną. Z poważaniem, NN" Tu wypada podziękować twórcom neologizmów na drodze transkodowania... kochani, używajmy słowników, przygotowujmy się solidnie, nie produkujmy kalek językowych... kalki pozostawmy producentom artykułów biurowych!)
- uczciwe przyznanie się przed słuchaczami do problemu (w praktyce: "i niestety, nie usłyszałam ostatniej części pytania", "jak mówił autor, którego nazwiska tłumacz nie zdążył zapamiętać". Wskazówka: zaleca się korzystanie z tej strategii w momencie, gdy nasz brak zrozumienia da się obiektywnie uzasadnić - nieużywaniem mikrofonu przez mówcę, zakłóceniami w transmisji przy videokonferencjach, kaszlem lub innymi zakłóceniami ze strony audytorium - potrafią czasem dać w kość!; błyskawiczną zmianą slajdu itp. itd.)
- skierowanie uwagi słuchaczy na inne źródło wiedzy (czyli: nie zrozumiałeś? powiedz "co widać na niniejszym wykresie" lub "mają państwo te dane na slajdzie")
- pominięcie informacji (nie mówimy tu o brakach pamięci krótkoterminowej, tylko o celowym pominięciu fragmentu, bo przetworzenie go zajmie zbyt dużo czasu, a przecież "show must go on", tu zaleca się ostrożność, nie wszystko co mało istotne z naszego punktu widzenia, jest takie z punktu widzenia słuchaczy czy mówcy! To taka postać manipulowania informacją na mikroskalę w moim prywatnym odczuciu - może nam dać złudzenie władzy, a naszym słuchaczom przekonanie o naszej niekompetencji.)
- powiedzenie czegokolwiek, co posiada przysłowiowe "ręce i nogi" :-) W sytuacji gdy warunki pracy są wyjątkowo złe, można dany fragm. wypowiedzi zastąpić czymś, co nie będzie wiernym odzwierciedleniem wypowiedzi mówcy (vide "Asteriks i Obeliks: Misja Kleopatra" i zręcznie wpleciony materiał o languście:

- wyłączenie mikrofonu: tu widzę dwie opcje
Opcja nr 1 = zawodowy foch zmanierowanego tłumacza "Ja nie jestem w stanie pracować w tak siermiężnych warunkach!"
Opcja nr 2 = KK = kompletna klapa = ratuj się kto może, uciekać z kabiny i obym więcej nie patrzył w oczy zleceniodawcy!

Mam nadzieję, że powyższy przegląd alternatyw utwierdził Państwa w przekonaniu, że langusta jest lepsza niż karp!

środa, 23 grudnia 2009

***

Podobno za dużo moralizuję i w ogóle przynudzam - domowy krytyk zgłosił taki komentarz. Wpisać go się nie odważył. Wobec tego, wbrew konwencji sztywności i trzymanego mocnym uchwytem analnym kija, życzę Państwu dobrej zabawy z Maciejem Stuhrem.

wtorek, 22 grudnia 2009

Kulinaria...

O salami tym razem :-)

Pytanie na początek: co łączy tłumacza z salami?

Pozostawiając Państwa w chwilowym oczekiwaniu na odpowiedź, pozornie zmienię temat. Wyobraźmy sobie najnudniejsze spotkanie świata. Gotowe? Świetnie. Do naszego mentalnego wyobrażenia najnudniejszego spotkania świata dołóżmy obraz najnudniejszego i najgorszego mówcy, jakiego ziemia nosiła. Trudne? eeee... chyba nie :-) kiepskich mówców dokoła na pęczki. Skoro zatem udało się Państwu odmalować w umysłach nudnego mówcę na nudnym spotkaniu,  proszę wyobrazić sobie, że ten mówca ma wygłosić na owym spotkaniu godzinny - powiedzmy - wykład. Co będzie charakteryzowało to wystąpienie? Myślę, że nie ma wątpliwości: będą to nieskładne, rozbudowane dygresje. Nudny mówca, mówiąc nudnym tonem, będzie budował zdania wielokrotnie złożone, których długość sięgać może kilkunastu członów (uprasza się o miłosierne nieprzeliczanie członów zdań budowanych przeze mnie na łamach niniejszego bloga). Każdy z tych członów zaś omawiał będzie zupełnie inny temat. Znamy to skądś, nieprawdaż? Wstawmy w ten jakże realistyczny kontekst naszego tłumacza. Zadanie standardowe: na sali siedzą obcokrajowcy, którzy "nie chcom ale muszom" wysłuchać nudnego wystąpienia kiepskiego mówcy. Należy owo wystąpienie przełożyć.

Żeby mogli Państwo się lepiej wczuć - oto próbka dygresji od dygresji :)

Cóż robi wtedy tłumacz? Może, oczywiście, postąpić jak w starej anegdocie. Tu zatrzymam się i opowiem Państwu tę anegdotę. Trwa międzynarodowe spotkanie na szczycie, tłumaczone konsekutywnie. Jeden ze znamienitych uczestników zabiera głos. Bryluje, uprawia dygresje, nie dopuszcza tłumacza do głosu. Produkuje się tak ok 10 min. Następnie tłumacz: jedno słowo. Kolejna seria - tłumacz znów jedno słowo. W podobnym rytmie całe przemówienie. Na zakończenie tłumacz mówi dwa słowa. Oklaski rzęsiste, żaden polityk nie był tak oklaskiwany w tym kraju. W czym tkwił sukces? W przekładzie. Całe przemówienie streścić można następująco: polityk - 10 min, tłumacz: "ględzi"; polityk - 10 min, tłumacz: "ględzi"... itp itd. Na koniec polityk 10 min, tłumacz: "przestał ględzić" :-) Oczywiście, sposobu powyższego nie zalecam.

Tłumacz może też wezwać na pomoc salami. Nie, nie chcę doradzać nikomu robienia przerw w pracy podczas nudnych wystąpień. Nie jest to czas na kanapkę. Salami w żargonie profesjonalnym to pewien sposób uporządkowania przekładu. Z jednozdaniowej wypowiedzi  - wieloczłonowej i wielowątkowej, uzyskuje się w drugim języku wypowiedź kilkuzdaniową, w obrębie której istnieją logiczne powiązania między jej poszczególnymi elementami. Więcej informacji na ten temat znajdą Państwo w 14 rozdziale podręcznika "Zarys translatoryki" prof. B.Z. Kielar - zachęcam do lektury, jest to jeden z najbardziej inspirujących podręczników z dziedziny translatoryki, z jakim się spotkałam.

Elementy zoologii w przekładzie :) - cz. 2

Tym razem, zgodnie z zapowiedzią, będzie o ośmiornicy.

Tłumacz przypomina ośmiornicę z kilku względów. Przede wszystkim, jak głosi opinia obiegowa, odnóża ośmiornicy są wielofunkcyjne i pozwalają jej na koordynację kilku zadań jednocześnie. Podobnie wielofunkcyjnym zwierzęciem powinien być tłumacz, z wysoce pożądaną umiejętnością koordynacji kilku projektów, godzenia interesów różnych grup (np. przy przekładzie negocjacji), ogarnięcia kilku dziedzin - i tu się zatrzymajmy. Warto poświęcić kilka linijek tekstu rozważaniom nad odwiecznym konfliktem: wielofunkcyjność kontra specjalizacja. Obie opcje mają chyba równe liczebnie obozy zwolenników i przeciwników. Obie opcje niosą za sobą różne korzyści oraz niebezpieczeństwa. Przyjrzyjmy się im bliżej. Wielofunkcyjność - nierozłącznie związana z różnorodnością, daje możliwość "spróbowania świata", co jest fajne na początku kariery, kiedy człowiek nie ma jeszcze pewności, w czym chce utkwić do końca życia. Oferuje również sposobność zdobycia doświadczeń w szeregu dziedzin, stąd większe poczucie sukcesu i rozwoju - z każdym dniem (początkujący) tłumacz uczy się czegoś nowego, odmiennego... czegoś, czego być może nie będzie miał okazji ponownie wykorzystać w praktyce :-), albowiem jako tłumacz wielofunkcyjny następnego dnia otrzyma zlecenie z zupełnie innej dziedziny. I nauka znów zacznie się od nowa...

Czy warto? Czas na omówienie wad takiej sytuacji zawodowej. Z pewnością naczelną przykrą konsekwencją jest tu fakt, iż owo - z pozoru szerokie - doświadczenie zawodowe i wiedza zadziwiają wręcz, a nawet szokują swoją płytkością. Czy "tłumacz wielofunkcyjny" z dwuletnim stażem po przełożeniu 2 instrukcji obsługi maszyn ciężkich może stanąć w szranki z wiedzą i doświadczeniem tłumacza technicznego z dwuletnim stażem, który takich instrukcji przełożył, powiedzmy, 20 ? Albo: czy ten sam tłumacz, mając w CV przekład 3 kompletów dokumentacji pacjenta, może stwierdzić, że jego wiedza z zakresu terminologii medycznej nie ustępuje w niczym kompetencjom tłumacza medycznego, który całe dwa lata poświęcił przekładowi takiej dokumentacji oraz kilkudziesięciu artykułów naukowych? Ryzyko nr 1 brzmi: robiąc wiele, można pozostać nikim. Ale ale - czytelnik zawoła - a ten ogromny postęp opisywany zaledwie 10 linijek tekstu wyżej? Otóż, jest to szczególny rodzaj złudzenia...

Wtajemniczeni z pewnością pamiętają z zajęć dla studentów pierwszego roku (jakkolwiek by się nazywały: metodyka, teoria uczenia się i nauczania, czy cokolwiek fantazja władzom Alma Mater podsunęła do uczonych głów), iż na etapie początkowym nauki języka obcego (a cokolwiek by mówić, technolekty wszelakie to narzecza obce - czy jest to specjalistyczna terminologia branżowa w języku ojczystym, czy w drugim języku, choćby nasze kompetencje językowe sięgały pułapu dwujęzyczności) postęp dostrzega się z łatwością i jest on dość wymierny, podczas gdy na etapie średniozaawansowanym postępy stają się subtelniejsze, stąd ich zauważenie jest utrudnione. Skoro zatem technolekty to języki obce, można się spodziewać, iż początkowy z nimi kontakt zaowocuje szybkim i widocznym postępem (z wiedzy pt. Nic, robi się Coś), który wraz z nabywaniem doświadczenia i dłuższym/ częstszym obcowaniem z technolektem będzie zdawał się spowalniać. Spowalniać - bo przejście z ogólności do pewnego poziomu szczegółowości może już nie być tak spektakularne jak kontrast "nic-coś". I tu tkwi kolejne ryzyko. Harmer (tak, państwo angliści, ten sam dobry Harmer, The Practice of English Language Teaching, s. 44) nazywa je pięknie "plateau effect". Polega ono, mówiąc oględnie, na zagubieniu człowieka w gąszczu tego, czego już dokonał oraz jego rzeczywistych możliwości. Osoba ucząca się drugiego języka, pisze Harmer, wobec braku widocznych postępów może dojść do wniosku, że nic więcej nie da się zrobić w tym temacie: zaakceptuje obecny poziom kompetencji językowych jako maksymalny możliwy do osiągnięcia i jako poziom satysfakcjonujący z punktu widzenia własnych potrzeb komunikacyjnych. Czy tłumaczowi - miłośnikowi słowa - może grozić coś podobnego? Może. Wracając jeszcze raz do przyjętego wcześniej założenia, że technolekty są językami obcymi, tłumacz mając do czynienia z mnogością technolektów, zdobywając w każdym z nich podstawowe umiejętności (kolokwialnie mówiąc "ogarniając sytuację") mógłby w pewnym momencie zagubić się... stracić z oczu obiektywny obraz tego, czego już dokonał, a czego jeszcze mu brakuje. Choćby z braku czasu oraz stałego kontaktu z danym technolektem, powszechnych problemów w przypadku tłumaczy wielofunkcyjnych, które uniemożliwiają zagłębianie się w szczegóły. Indukuje to osiągnięcia nieadekwatne do możliwości (underachievement). I to w zasadzie jest geneza zjawiska zatytułowanego "bylejaki, przeciętny tłumacz" - od których zachowaj nas Panie!

Jeśli zechcemy omawiany konflikt przeanalizować od strony ekonomicznej, wynik dla obu opcji może być właściwie ... taki sam. Gdzie zatem tkwi różnica? Cóż, Diabeł - jak w przysłowiu - tkwi w szczegółach. A szczegółem w tym przypadku jest odpowiedź jednostki na pytanie: co wolę - 200 x 25 czy 100 x 50? Pierwsza liczba w każdym z równań to liczba stron, druga zaś wartość to stawka za stronę. Stawki - jak uczy doświadczenie - rosną wraz z doświadczeniem tłumacza i wiążą się ściśle z oferowaną przezeń jakością. Najwyższe stawki osiągają zatem tłumacze, którzy posiadają a) wiedzę, b) doświadczenie - i są one nie tyle rozległe, co głębokie... oraz c) potrafią wykazać punkty a i b w postaci tłumaczeń wysokiej jakości. Wniosek jest prosty: jeśli tłumacz prezentuje podejście "jakoś to będzie" musi się napracować dwa razy więcej niż ten, którego dewizą jest "niech jakość będzie", aby osiągnąć ten sam efekt :-) Wrodzone lenistwo podpowiada mi, że wolę pracować mniej... Stąd jestem umiarkowanym zwolennikiem specjalizacji. Dlaczego umiarkowanym? Pisałam już o znaczeniu wielofunkcyjności na etapie dokonywania wyborów zawodowych. Wydaje się ona być nieodzowna, aby wybór był naprawdę świadomy, a przecież nie ma nic gorszego niż tradycyjne polskie "100 lat" w zawodzie (czy specjalności) wybranych przypadkowo czy omyłkowo! W pewnym jednak momencie do głosu dochodzi świadomość, że z tego przedszkola warto wyjść i przenieść się w rewiry dla starszych dzieci: i tak zaczyna się przygoda ze specjalizacją. Oczywiście, to moje umiarkowanie wynika także ze znajomości historii H. Forda i jego specjalistów od pojedynczych śrubek. Jeśli specjalizacja staje się zbyt wąska, tłumacz może mieć problem z odnalezieniem się na rynku (znacznie zmniejszone szanse na zlecenia z pojedynczej wysokospecjalistycznej dziedziny) i do drzwi zapuka brak płynności finansowej, rodząc na tę okoliczność zupełnie nieplanowane dzieci, którym na imię Frustracja i Stres. Jak głosi nauka znana jako zarządzanie pracą, nadmierna specjalizacja demotywuje. Stąd do podnoszenia motywacji pracowników (co z powodzeniem można robić samodzielnie uprawiając wolny zawód) stosuje się wszelkie rodzaje zmienności... Jak można to zrealizować praktycznie w zawodzie tłumacza? Zmieniając proporcje realizowanych zleceń na tłumaczenia pisemne i ustne na przykład. Narzucając sobie pewne rotacje w obrębie danej dziedziny: czyli jeśli doskwiera mi nadmiar zleceń - powiedzmy - okulistycznych i stają się one po prostu nużące, rozwijam kontakty z innymi gałęziami medycyny, co daje nowe emocje, nowy napęd do działania, a po jakimś czasie powrót do tego, co znane i bezpieczne, również będzie przyjemny.

Wracając do przykładu ośmiornicy: sporo daje do myślenia jej pożywienie. Odżywia się ona głównie niewielkimi organizmami morskimi: rybami, krewetkami, homarami... Raz na jakiś czas, porywa się jednak, z pozoru nierozsądnie, na większe cele: ptaki morskie czy nawet rekiny! Podobnie wygląda "dieta" tłumacza. Zlecenia, które stanowią o przeżyciu, to te, których nie widać. Które są drobne, niemal niewidoczne, i dopiero zsumowane pod koniec miesiąca urastają do ciekawych rozmiarów. Niemniej jednak, z ciekawości, dla zabawy, autopromocji, połechtania ego czy z dowolnego innego powodu tłumacz lubi czasem zapolować na rekina. I tak spotykamy polityków, przedstawicieli świata mediów - tych, których oprócz znawców naszej specjalizacji, zna również spora część społeczeństwa. Oni jednak służą jako "deser" :)

Na koniec drobna uwaga, komentarz do przemyśleń. Wiecie, kiedy umiera ośmiornica? Gdy jej potomstwo jest gotowe do samodzielnego życia. Gdyby i to przełożyć na życie zawodowe, to wszelkiego mentoringu od razu się odechciewa... Pozdrawiam Was, Kamilo i Piotrze!

czwartek, 17 grudnia 2009

Elementy zoologii w przekładzie :) - cz. 1

Dwa gatunki zwierząt chcę przedstawić: kameleon oraz ośmiornica.

Kameleon (łac. chamaeleo)


Systematyka
Domena eukarioty
Królestwo zwierzęta
Typ strunowce
Podtyp kręgowce
Gromada gady
Rząd łuskonośne
Podrząd Iguania
Rodzina kameleonowate
(systematyka oczywiście dzięki Wikipedii)

I, za Wikipedią, krótka charakterystyka: "Polują wyrzucając błyskawicznie lepki język na odległość do kilkunastu centymetrów. Mają szczególną zdolność zmiany barwy; jednak wbrew popularnym opiniom kameleonowate nie dostosowują swojej barwy do barwy otoczenia (jest to popularny faktoid)[2] – ich barwa zmienia się wraz ze zmianą stanu fizycznego i emocjonalnego[3], a także jest formą komunikacji z innymi osobnikami[4], choć ich naturalny kolor często odpowiada danemu typowi otoczenia, w którym przebywają. Na kolor również wpływa natężenie światła oraz temperatura – zazwyczaj w temperaturze ok. 25 °C odcień jest bardziej zielony, podczas gdy w temperaturze ok. 10 °C odcień skóry szarzeje.[2] Niektóre kameleonowate stosują mimetyzm przybierając kształt np. zeschłych liści. Trzymają się określonych rewirów, które uważają za swoje i bronią ich przed intruzami."

Do czego zmierzam? Do analizy cech dobrego tłumacza, które upodabniają go do kameleona. Zastanówmy się przez chwilę:
1. trzyma się swoich rewirów, które uważa za własne i broni ich przed intruzami
Dobry tłumacz nie jest wszechwiedzącym słownikiem, ani nawet translatorem elektronicznym. Uznając, że "(...) każdy język składa się tylko z języków fachowych, a język ogólny stanowi zaledwie niewielki wspólny punkt powiązania między nimi" (B. Kubik: Pojęcie języka specjalistycznego. „Języki Obce w Szkole. Czasopismo dla nauczycieli”, 2002, nr 5, s. 6.), dobry tłumacz znajduje na nieprzebranym oceanie technolektów (czyli języków specjalistycznych, z angielska LSP) odpowiadającą mu dziedzinę i trzyma się swojej specjalizacji. Jest mu ona bliska na tyle, że uważa ją za własną. Stąd naturalny odruch obrony przed intruzami (czyt. przed innymi, próbującymi sił w przekładzie w tej samej kombinacji językowej i specjalizacji). To z kolei tworzy zjawisko konkurencji na rynku, która motywuje do rozwoju zawodowego, zdobywania nowych kompetencji etc., co jest wysoce pożądane i słuszne; z drugiej zaś strony ta sama konkurencja daje nam "tłumaczy po czypindziesiąt" (pisownia celowo niepoprawna), czyli grupę tych, co za złotówkę pojadą na własny koszt do Honolulu przełożyć videokonferencję dla belgijskiego prezesa firmy z siedzibą w Texasie zajmującej się dystrybucją chińskich agletów pasujących wyłącznie do rosyjskich sznurówek produkowanych na wyłączność dla niemieckiego producenta obuwia sportowego na licencji francuskiej :) Przy czym prezes gada tylko po japońsku :) Jak łatwo się domyśleć, taki poziom desperacji cechuje pewne szczególne grupy osób:
- początkujących (wybaczamy, ale zalecamy raczej wolontariat lub współpracę z mentorem)
- zakompleksionych (bo nie ukończyli filologii, bo mają problemy osobowościowe etc.etc.; zalecane jest uzupełnienie kwalifikacji lub/oraz psychoterapia - i to nie jest szyderstwo!)
- partaczy (tu pozostaje nadzieja, że "rynek" wygryzie ich sam, po jednej, dwu czy więcej wpadkach... i tym osobom dedykuję cytat z Baczyńskiego "Nas nauczono. Nie ma litości")

2. "Ich barwa zmienia się wraz ze zmianą stanu fizycznego i emocjonalnego, a także jest formą komunikacji z innymi osobnikami, choć ich naturalny kolor często odpowiada danemu typowi otoczenia, w którym przebywają".

Tłumacz w trakcie mówienia musi pozostać żywym organizmem, istotą reagującą na wypowiadane przez mówcę słowa. Nie może być lektorem listy dialogowej w amerykańskim filmie kryminalnym (kto zna ten skecz, wie świetnie o czym mówię, osobom niewtajemniczonym obiecuję, że link pojawi się wkrótce). W miarę jak stan emocjonalny mówcy ulega zmianie ("zapala" się on, wyraża wzburzenie, radość, smutek...), dobry tłumacz zadba o utrzymanie formy i treści przekładu na tym samym poziomie emocjonalnym.

Prosty przykład: zależy nam, by odbiór słowa mówionego przez polsko- i obcojęzyczną audytorium różnił się minimalnie, dążymy do wyeliminowania różnic w ogóle. Stąd starania o trafny przekład żartów, anegdot, idiomów (jest to tzw. przekład kulturowy - czyli nie dosłowne oddanie tego, co wyraził mówca, ale "przefiltrowanie" treści przez posiadaną przez tłumacza wiedzę o różnicach kulturowych m. dwiema grupami). Jeśli zatem mówca powie "stop pulling my leg" cytując zupełnie nieformalną konwersację z kilkuletnim synem (i angielskojęzyczna część audytorium ryknie śmiechem słysząc takie słownictwo trzy- czy czterolatka), oddanie tego jako "nie strój sobie ze mnie żartów" takiego efektu nie wywoła u polskojęzycznej części słuchaczy, stąd cały klimat emocjonalny - mówiąc kolokwialnie - pójdzie się bujać :) I słusznym będzie tu powiedzenie "nie rób ze mnie jaj" z adekwatną intonacją (imitującą ton mówcy), co wywoła równe salwy śmiechu po obu stronach sali. Jest to, jak u kameleona, pewna forma komunikowania się ze słuchaczami, swego rodzaju przywilej. Jak zwykle w podobnych sytuacjach, posiadanie przywileju łączy się nierozerwalnie z odpowiedzialnością. I w przypadku przekładu kulturowego o odpowiedzialności można również mówić. To tłumacz decyduje, ile są w stanie "udźwignąć" słuchacze w danym momencie (czyli ocenia rozbieżności kulturowe m. grupami językowymi). Zilustruję to autentycznymi sytuacjami z przekładu symultanicznego podczas dwu konferencji w obrębie tej samej specjalizacji.

 (Syt. A) Przekład PL-EN-PL Wersji angielskojęzycznej słucha szacowny profesor, jego małżonka oraz 2 prezesów firm farmaceutycznych (sponsorujących konferencję). Reszta słuchaczy (niespecjalnie wyluzowanych sądząc po przebiegu pierwszej sesji) odbiera program po polsku. Wprowadzając wykład profesora, osoba znana z ciętego języka i nieokiełznanego poczucia humoru puszcza oczko, mówiąc po angielsku "Deflore is yours" (zamiast "the floor is yours" pikantna gra słów miała być). Profesor nieco zakłopotany, w kabinie ułamek sekundy przemyśleń i polska część audytorium słyszy: "Oddaję panu głos, panie profesorze". Uznaliśmy, że ze względu na osobę profesora, kulturę polską i rodzaj odbiorców, należy pozostać przy zwrocie formalnym.

(Syt. B) Przekład EN-PL Po polsku słucha 3/4 audytorium. 1/4 szczęśliwców słucha oryginału. Mówca kontrowersyjny, rzucający ostrymi skojarzeniami (co było widoczne w wyświetlanym tłumaczeniu prezentacji na język polski, np. kompetencje określone akronimem WÓDKA, poszczególne z nich to Wiedza, szÓsty zmysł, Doświadczenie, eKscytacja, zAbawa), audytorium już nieco "rozgrzane" jego poczuciem humoru, nie miało problemu z przyjmowaniem kolejnych żartów. W pewnym momencie, w ramach omawiania środka uniwersalnego na wszelkie bolączki zawodowe, na ekranie wyświetla się tabletka z napisem "FUKITOL" (czyt. fakitol, znów gra słów z fuck it all). Część angielskojęzyczna ryczy ze śmiechu, reszta jeszcze nieco zdezorientowana.
Mówca: "and I would like to recommend you the best pill ever, namely FUKITOL"
Tłumacz: "chcę zatem polecić wam najlepszy dostępny środek, czyli FUKITOL"
Mówca: "to those of you who do not know what this name means I want to explain that it is a combination of three English words"
Tłumacz: "chciałbym wyjaśnić tym z państwa, którzy tej nazwy nie znają, że w jej skład wchodzą trzy angielskie wyrazy"
Mówca: "and I am sure that this nice girl in the booth will say them now in Polish..."
Tłumacz: "i pewien jestem, że to miłe dziewczątko w kabinie powie je Państwu teraz po polsku..."
Mówca: "fuck it all"
Tłumacz (po błyskawicznej ocenie sytuacji): /przekład_dosłowny_frazy/ :D
W tym momencie całe audytorium wybuchnęło zgodnym śmiechem.

Przekład zatem w obu sytuacjach został dopasowany do słuchaczy, zgodnie z działaniem kameleona, który swoją barwę podstawową dopasowuje do typu otoczenia, w którym przebywa.

3. Kameleon posiada również lepki język, który potrafi wyrzucić w sytuacji polowania na długość kilkunastu centymetrów (czyli de facto na drugą długość własnego ciała).

Zgodnie z tą zasadą, tłumacz w kontekście sytuacyjnym przekładu żywego słowa, również jest gotów i potrafi "przejść samego siebie" i ujawnić swoje rozległe kompetencje w obu językach, "aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa" (głowa mówcy, rzecz jasna; a cytat, ma się rozumieć, ze Słowackiego).

Część druga omówi przykład ośmiornicy :)

O Filologii

Na początek odrobina teorii. W sukurs, oczywiście, przychodzi Wikipedia, za którą cytując, powiem, że "Filologia to jedna z nauk humanistycznych, badająca język i literaturę kręgu cywilizacyjnego bądź narodu. Głównym przedmiotem jej badań jest tekst, a celem – jego komentarz i interpretacja. W potocznym ujęciu jest to określenie kierunku odpowiednich studiów humanistycznych (np. polonistyka – filologia polska, anglistyka – filologia angielska, germanistyka – filologia niemiecka, iberystyka - filologia iberyjska).

Cele nauk filologicznych były różnie określane na różnych okresach rozwoju tej dyscypliny, i tak np. niemiecki romanista z przełomu XIX i XX wieku określa filologię jako "każdą naukę, której celem i zadaniem jest poznanie duchowych właściwości danego narodu [...], o ile znalazły one lub ciągle jeszcze znajdują swój wyraz w języku i literaturze"

Dalej, Wikipedia donosi, iż "Termin φιλόλογος (philologos) pojawia się po raz pierwszy u Platona (Theatetus 146 A) i oznacza "miłośnika naukowej dyskusji". Terminem φιλόλογος nazywał się Eratostenes, aleksandryjski uczony, zajmujący się m.in. historią literatury. Na gruncie łacińskim Cyceron określał mianem philologia studiowanie literatury".

Z omówionych powyżej definicji najbliższa jest mi Platońska. Tak, jestem miłośnikiem dyskusji naukowych.
Wracając jednak do greki i rozbijając ten wyraz na dwa rdzenie, z których się składa filia (miłość, zamiłowanie) i logos (słowo), można wysnuć wniosek, że filologia to po prostu miłość do słowa (w szerszym rozumieniu: do języka), zaś filolog jest (a przynajmniej powinien być) rozmiłowany w słowie (pisanym oraz mówionym).

Gdyby natomiast pokusić się o połączenie definicji leksykalnej z ujęciem zaproponowanym przez Platona, otrzymalibyśmy miłośnika dyskusji naukowych w języku obcym (?), czyli - de facto - tłumacza konferencyjnego.

Uznając słowo, tudzież język, za ideę, stawia się filologów w jednym szeregu z ludźmi, którzy na przestrzeni wieków dowodzili swojej miłości do idei. Jak dawali wyraz swojej miłości? Wystarczy wspomnieć bojowników o wolność (zrywy niepodległościowe), prekursorów nauk wszelakich wynurzających się z mroków średniowiecza (którzy płynęli pod prąd, ośmielając się być innymi), Hitlera i innych nawiedzonych przywódców (których umiłowane idee uznajemy obecnie za zło wszelakie, a którym nie sposób odmówić charyzmy i umiejętności porywania tłumów), wreszcie ludzi niestrudzenie szerzących czy oddających życie za ideały religijne (na arenach rzymskich amfiteatrów, w czasach Inkwizycji, podczas II Wojny Światowej, za panowania poprzedniego systemu narzucającego obligatoryjny ateizm, za panowania obecnego systemu narzucającego obligatoryjny katolicyzm, że o fanatycznych samobójcach religijnych w pewnych częściach świata nie wspomnę, albowiem konstruktywnie miało być...). Wniosek płynie jeden z powyższych rozważań: nie wystarczy mówić "kocham", nie wystarczy nazywać się z mocy dyplomu "miłośnikiem". Należy podejmować działania. Ergo: nie jest filologiem absolwent studiów językowych, nie pracujący obecnie ze słowem. Rozwiejmy mit nr 1: studia filologiczne to nie szkoła językowa. To przekazanie pewnych wartości, wskazanie kierunków, kształcenie zestawu umiejętności. I rozbudzanie zamiłowania na poły z ciekawością przede wszystkim.

Wróćmy jednak do rozważań. Jakie działania może podjąć filolog, aby dowieść miłości do słowa? Część słowa naucza - i chwała im za to. Inni słowo zgłębiają "od kuchni" - stąd rozkwit językoznawstwa. Niektórzy zgłębiają sens słów - i są to znawcy literatury i kultury. Jeszcze inni natomiast kochają naukowe dyskusje :) i do tej właśnie grupy mam się przyjemność zaliczać.

Galeria