środa, 27 stycznia 2016

...bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa...

Na grupie facebookowej dla tłumaczy rozgorzała ostatnio dyskusja o stawkach, klientach i ich postawach etc. Jedna z miliona na ten temat, gdyż to temat-rzeka. 

Kanwą do dyskusji stał się taki oto ładny obrazek:

Na obrazku, czego zapewne nikomu nie muszę wyjaśniać, znajduje się wyjaśnienie, dlaczego za bukiet ślubny płaci się tyle, ile się płaci (tj. TAK DUŻO). Coś jak z tłumaczeniami, nie? Obrazek wyjaśnia wszystkie składowe ostatecznej ceny bukietu, przybliżając niezorientowanym realia zawodu florysty. Wyjaśnia zwięźle, sensownie, zgodnie z prawdą... i są to realia do złudzenia przypominające moje, tłumaczowe, podwórko. Ewidentnie podobieństwo owo dostrzegłam nie tylko ja sama, bowiem dyskusja, która się wywiązała była długa i burzliwa. 

Dyskusja oczywiście nie byłaby dyskusją, gdyby nie pojawili się oponenci i kontrargumenty. Tu się pojawiły, sporo zresztą. Na przykład takie, o dokumentacji samochodowej: 


"Ze wszystkimi uwagami, pouczeniami itp. wychodzi nawet 5 stron rozliczeniowych, tyle że nikt z moich klientów takiej ceny (wg cennika ministerialnego, nierealistycznie niskiego skądinąd - przyp. red.) by nie zapłacił. Rządzi rynek...""tłumacze przysięgli za tłumaczenie dokumentów samochodowych liczą o wiele mniej, niż wynikałoby to z liczby znaków". "Wielu moich klientów uważa, że 30 zł (cena brutto, 24,39 zł + VAT) za stronę to dużo pieniędzy. A cena się nie zmienia od kilkunastu lat...""24,39 zł + VAT. Po odjęciu dochodowego zostaje więcej niż 17,70 zł, bo mam też koszty działalności, które odlicza się od przychodu, od przychodu odlicza się też ZUS. Chętnie brałbym więcej gdyby nie pewność, że wtedy moi klienci poszliby wtedy do konkurencji" "Agencja bierze np. 40 zł za gotowe tłumaczenie, do tego oferuje pełną obsługę pozostałych papierów i w stówce się to klientowi od BMW z 97 roku zamyka. Jak ja mówię klientowi, że auto na dziś to 100 zł, to gość ze śmiechu upuszcza telefon. bądź pada mi na progu""Bardzo chętnie podniosę cenę za tłumaczenie niemieckiego dowodu rejestracyjnego z 30 zł do 150 zł, jeśli do każdego dokumentu będzie dopłacać mi Pani tę różnicę (120 zł). Bo moi klienci na pewno tego nie zrobią, pójdą do kogoś innego, który im to zrobi za 30 zł albo i taniej""Ja jestem VAT-owcem, 3 str. po stawce „urzędowej” oznaczałoby więc 69 zł + VAT = 84,87 zł brutto. Nikt w Wielkopolsce (gdzie mieszkam) tyle nie zapłaci za tłumaczenie niemieckiego dowodu rejestracyjnego, a jeśli zapłaci, to tylko raz, bo następnym razem będzie już mądrzejszy i pójdzie do kogoś innego." "Od kilkunastu lat stawki urzędowe (23 zł i 30,07 za stronę 1125 zzs) obowiązują tylko dla sądów, policji, prokuratury i organów administracji rządowej i samorządowej. Dla innych klientów stawki są wolnorynkowe. Można liczyć i 500 zł za stronę (jeśli ktoś znajdzie klientów), można i 10 zł. Decyduje tu tylko wolny rynek, prawo podaży i popytu. Oczywiście w przypadku rzadszych języków ceny są wyższe, nawet 100 zł/str., w przypadku niemieckiego tam, gdzie mieszkam, nie jest to jednak możliwe"  "Powtarzam też, że uwagi te dotyczą tylko pewnego segmentu rynku. W przypadku „normalnych” tłumaczeń ceny u mnie są wyższe, na pewno nie 12-14 zł/str. Postępuję po prostu jak każdy przedsiębiorca, swoje ceny dostosowuję do tego, co mogę osiągnąć, a nie do tego, co chciałbym"
Słowo wyjaśnienia do cytatów powyżej. Stawka urzędowa za stronę tekstu, rozumianego jako 1125 znaków ze spacjami, wynosi 23 zł na j. polski i 30.07 zł na obcy, w najpopularniejszej grupie językowej, do której zalicza się m.in. angielski i niemiecki. W przeliczeniu na stronę liczącą 1800 znaków ze spacjami (tak, jak rozliczam się m.in. ja), daje to odpowiednio 36.80 zł na j. polski i 48.11 zł na j. obcy, czyli dopiero ta druga wartość (na j. obcy) dobija do rewirów, w których się znaleźć powinna (choć jeszcze kilka złotych należałoby dorzucić, plus różnicowanie kierunku tłumaczenia uważam za bezsensowne). Powyższe cytaty świadczą zatem o tym, że mając stawkę urzędową słabą i od lat nie zmienioną, są ludzie, którzy na wolnym rynku idą w dumping, robiąc z siebie... hipermarket? dyskont?, pracują za przysłowiowe "fistaszki" (była mowa o dowodzie rejestracyjnym = 3 strony tłumaczenia uwierzytelnionego, za który klient miał zapłacić łącznie 30 zł), a wszystko przez lęk i obawę, że klient pójdzie sobie gdzie indziej. Hmm... moje doświadczenie uczy, że nie pójdzie. A jeśli pójdzie, to szybko wróci.

Pojawiły się również sugestie, że apel o niepodcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy i solidarne podniesienie stawek, wszyscy wspólnie, skoro jest kiepsko w tej materii, jest niefajny, mało realny i trąci poprzednią epoką:
"uwaga „a gdyby wszyscy brali jednakowo” nie ma nic wspólnego z rzeczywistością rynkową. Nie jest tak i nigdy nie będzie. I dobrze, ponieważ epoka, w której ceny detaliczne we wszystkich sklepach były jednakowe, minęła 26 lat temu i już nie wróci"
Czyli co? Jest źle, płacić nam nie chcą, ale nie ma opcji, żebyśmy się zjednoczyli i podnieśli ceny zbiorczo, bo to byłby socjalizm. Z drugiej strony kapitalizmu też nie uskutecznimy i nie pogramy konkurencyjnością opartą na czymkolwiek innym niż cena jak z 'taniej odzieży', bo się boimy :-) Czego się boimy? Otóż boimy się, że klient zabierze zabawki i pójdzie na podwórko konkurencji. De facto - psychologicznie rzecz ujmując - boimy się odrzucenia. Boimy się ryzyka, na którym rzeczony kapitalizm się w dużym stopniu opiera. Boimy się wyjścia poza własną "strefę komfortu" i zmian. Jak w powiedzeniu "i chciałabym, i boję się" :-) Zmianą byłoby, na przykład, oparcie swojej strategii rynkowej i konkurencyjności na czynnikach innych, niż cena. Na przykład na czym? Na jakości tłumaczeń, na punktualności, na kompleksowej obsłudze klienta, na bezpośrednim kontakcie klient-tłumacz (lepszy przepływ informacji), na doświadczeniu (ilu z nas tego nie docenia?), na wiedzy (ilu z nas tego nie docenia?) - to są naprawdę solidne atuty. Zresztą, po tę edukację proponuję iść do Marty Stelmaszak, ona ma w tym duuuuże doświadczenie i wiedzę.  

W omawianej dyskusji wypowiedział się kolega Łukasz Gos (http://www.towerofivory.net), skądinąd prawnik i tłumacz 2 in 1, a do tego tłumacz przysięgły, gdyby ktoś kiedyś potrzebował... Ad. rem, kolega napisał tak:
"Wbrew pozorom, jeżeli ktoś „idzie w górę rynku” (ang. upmarket), to wcale nie jest tak, że jest zły, bo wywyższa się nad kolegów i coś tam. Tak możemy patrzeć na to w Polsce ze względu na komunizm i kilka innych zaszłości. Ale druga strona medalu jest taka, że jeżeli np. ktoś z podwójnym wykształceniem nie bierze 30zł/ 1125zzs za proste pisemko z sądu czy urzędu (prawnik) czy za epikryzę (medyczny) czy za jakiś bardziej złożony operat (techniczny), to on *pomaga* normalnym tłumaczom normalnie zarabiać. Bo im nie robi nieuczciwej konkurencji. Przez to, że idzie w górę i zajmuje miejsce należne specjaliście, zwalnia miejsce na rynku ogólnym i zostawia więcej powietrza do oddychania". 
Tym samym Łukasz poniekąd wyjaśnił przy okazji, dlaczego nie mieszkam w Polsce. Właśnie przez tę specyficzną optykę i kult anty-sukcesu, anty-prosperity i urawniłowki. Tak naprawdę, ci którym się powiodło, robią nam dobrze (no pun intended) i przecierają szlaki. 4 lata temu odnosiłam się do stawek, egzekwowania płatności etc. w kilku wpisach na blogu: w 2009 rokuw 2011 roku a także w sprawozdaniu z konferencji MedTranslate. Mówiłam też w wykładach na SWPS, że tłumacze (w tym medyczni), żyją w kilku światach równoległych, oddzielonych od siebie szklanymi sufitami i pewien poziom (jakościowo-cenowy) trzeba trzymać, żeby być na szczycie tego parowaru :-) Oraz, że przejść o poziom wyżej jest dość trudno, niemniej spaść na ostatni poziom - dziecinnie łatwo. To mniej więcej parafraza tego, o czym pisze Łukasz. 

Wobec tego dalej, w tej samej dyskusji,  mój ulubiony kolega pisze: 
"to nie polega na tym, żeby wczuć się w wolę rynku i ją wykonać. Zresztą nie ma czegoś takiego jak wola rynku, bo jest tylko popyt i podaż w tej czy innej równowadze. To niewątpliwie ważna umiejętność, żeby odczytać oczekiwania od strony popytu. Z drugiej strony jednak nie jest powiedziane, że od strony sprzedaży człowiek, tłumacz, musi się wyrzec wszelkiego wpływu i tylko biernie realizować oczekiwania drugiej strony w nadziei, że coś się zmieni, że albo sami nabywcy zmiękną, albo inni sprzedający coś zdziałają. Trzeba zachować pewną dozę sprawczości i samemu także wpływać na to, co się dzieje na rynku".
Po co o tym Państwu piszę na blogu zawodowym? Z kilku powodów. To jest kwintesencja tego, co ja sama na ten temat myślę. Ba - nie tylko myślę, ja zgodnie z tym działam i nie wychodzi to najgorzej.

Ponadto, temat jest istotny o tyle, że mylnych wyobrażeń dotyczących zawodu tłumacza-freelancera jest na świecie bez liku. Od procedur urzędniczych począwszy, które za zarobek w szczycie sezonu (kwiecień), obcinają człowiekowi opcję skorzystania ze wsparcia ojczyzny w okresie posuchy (wakacje czy grudzień) - to taki brytyjski przykład, bo tu mieszkam. W Polsce pokutuje wizja tłumacza - kapitalisty, który ojej jak dużo zarabia za... no właśnie. Język zna każdy. Gdzie nie spojrzysz, tam specjalista. Za co ten tłumacz żąda takich pieniędzy?

Takie wyobrażenia robią tłumaczom (ale i wszystkim innym freelancerom) spore kuku. 

PO PIERWSZE: nie mamy regularnego dochodu w stałej kwocie. Zarobimy tylko tyle, ile zrobimy w danym miesiącu. Nie możemy chorować, a jeśli chorujemy, będziemy to robić w ubóstwie. Jeśli chcemy wziąć urlop, musimy to b. ostrożnie przekalkulować i nie mówię tu o cenach wyjazdów all-inclusive, mówię o utracie dochodu z okazji bycia niedostępnym. 

PO DRUGIE: nikt nam nie daje gwarancji zleceń na dany okres (miesiąc, rok etc.) W związku z tym są miesiące, gdy zaznaję 2-4 godziny snu na dobę, a kolejkę mam jak za PRLu za papierem toaletowym. Są miesiące, gdy do domu wpadam po walizkę z czystymi ciuchami, jeżdżąc z konferencji na konferencję. Niemniej są też takie miesiące (i oby ich więcej nie było), gdy mój zarobek nie pokrywa nawet kosztów ubezpieczenia. I myślę, że te okresy przestoju jednakowo przerażają mnie, jak i innych kolegów, zwłaszcza tych, którzy - jak ja - mają rodziny na utrzymaniu.

PO TRZECIE: nikt nas nie wysyła na szkolenia w czasie pracy za firmową kasę. Uczymy się sami, na własny koszt, płacąc czesne na studiach podyplomowych, płacąc za kursy i szkolenia (np. z zakresu CATów). Części szkoleń z kolei w ogóle nie ma - np. z tłumaczeń medycznych... no, ok, z podstaw są, ale na moim 'etapie wtajemniczenia' naprawdę w ofercie krajowej i zagranicznej nie widzę nic. Co w związku z tym? Podręczniki medyczne - każdy, kto kupował kiedykolwiek wie, ile kosztują. Niewtajemniczonych odsyłam na amazon.com i strony wydawnictw medycznych. Czytanie tych podręczników wymaga czasu = utrata dochodu z okazji bycia niedostępnym. Szkolę się również praktycznie - w szpitalach. Pomijając koszty dojazdu i zakwaterowania w danym mieście, znów wymaga to czasu = utrata dochodu z okazji bycia niedostępnym. 

I teraz, Szanowni Państwo, usiądźcie i uczciwie podliczcie, za co płacicie:
  • tłumaczenie tekstu 
  • oprogramowanie do tłumaczenia 
  • wiedza, szkolenia, kwalifikacje tłumacza (koszty szkoleń, materiałów szkoleniowych, wynagrodzenie za czas podnoszenia kwalifikacji) 
  • doświadczenie branżowe tłumacza (analogicznie do prawników i lekarzy) 
  • koszty prowadzenia działalności gospodarczej (ubezpieczenia, podatki, biuro, księgowość etc.) 
  • wkład do kapitału zapasowego (po ludzku: kasa na potencjalne okresy przestoju spowodowane brakiem zleceń)
  • zaliczka na wynagrodzenie urlopowe- zaliczka na zasiłek chorobowy
Myślę, że w świetle powyższych wyjaśnień, moje wynagrodzenie wyda się Państwu nie tylko niewygórowane, ale wręcz momentami przesadnie skromne.

Tyle w temacie póki co. Przemyślenia wrzucam "ku pamięci" oraz "ku przestrodze". 

Galeria