piątek, 5 lutego 2016

Lojalność, etyka zawodu a primum non nocere



W celu wywołania dobrej atmosfery, zacznę od rzeczy przyjemnej. Nie tak dawno dostałam bransoletkę, o taką:




W bransoletce jestem zakochana z uwagi na przesłanie. Otóż stoi tamże jak byk: PRIMUM NON NOCERE. Dźwięczna jestem przyjaciółce, osobie wszechstronnie uzdolnionej, która rękoma działa (link wcześniej), naucza i tłumaczy, człowiek orkiestra po prostu, niemniej nie o hymnach na cześć Sylwii miała być mowa :) Właśnie, bransoletka i jej przesłanie: "Po pierwsze, nie szkodzić", bo tak tę hipokratesową maksymę należy rozumieć. Słowa mądre i głębokie, i wbrew pozorom wcale nie odnoszące się wyłącznie do zawodu lekarza, jak na pierwszy rzut oka można pomyśleć. Są dla mnie inspiracją od lat - w życiu zawodowym i prywatnym. Co oznaczają w życiu zawodowym? 

1. Odpowiedzialność za pacjentów - tych, z którymi mam bezpośredni kontakt (przekładając ich dokumentację i - okazyjnie - konsultacje) oraz tych, na których pośrednio wpływa moja praca: bo leczący ich lekarze szkolą się z artykułów i podręczników, które tłumaczę pisemnie, bądź z wykładów, które tłumaczę ustnie; bo przyjmują lek, którego monografia i dokumenty rejestracyjne wyszły spod moich palców, itp.

2. Odpowiedzialność ta przejawia się na wielu płaszczyznach, m.in.:
  • dokładam najwyższej staranności zawodowej pracując nad każdym zleceniem
  • jestem gotowa spędzać czas, dokształcając się na okoliczność konkretnego zlecenia (tj. zanim zasiądę do tekstu, czytam na dany temat, zapoznaję się z problemem w obu językach i gdy go zrozumiem, biorę się do pracy tłumacza; to samo z przygotowaniem do tłumaczeń ustnych w trakcie konferencji); to zabiera czas oczywiście, czasem zlecenie teoretycznie wykonalne w 1 dzień zajmuje w związku z tym 3 dni, niemniej jest to cena, którą gotowa jestem płacić za bezpieczeństwo pacjentów (skądinąd mająca odzwierciedlenie w moich stawkach, więc to też nie jest tak, że ginę z głodu dla idei...)
  • jeśli pojawia się tekst, który jawi się jako zupełnie "nie z mojej bajki", ewentualnie ogarnialny, acz wymagający douczenia się i doczytania wydatnego, na które w związku z terminem oddania tekstu po prostu nie ma czasu, odmawiam jego przyjęcia. To boli, zwłaszcza jeśli generalnie ceni się współpracę, klientów etc. i ma problem z mówieniem "nie", gdy o pracę chodzi. Mimo bólu jednak konsekwentnie stosuję takie podejście - niedawno odmówiłam przyjęcia b. ciekawego artykułu z dziedziny chemii, dokładnie tak to argumentując, że przy terminie, jaki był na tę pracę, nie będę miała czasu na rzetelne przygotowanie, co przełożyłoby się na jakość przekładu, a byle czego nie robię. Dlaczego? Bo dobro pacjentów przede wszystkim. 
3. Dokładam starań, by propagować takie etyczne, odpowiedzialne podejście do zadań w branży. Przejawia się to m.in. w tym, że owszem, udzielam odpowiedzi tym, którzy pytają o tłumaczenie czasem słów, niekiedy zwrotów, a innym razem całych połaci tekstu, których przekładu z takich czy innych przyczyn się podjęli i ich przerosło. Niemniej zawsze z pomocą w parze idzie słowo przestrogi, czyli moje nieśmiertelne (i przez wielu znienawidzone) "nie rusz tekstu, jeśli nie rozumiesz, o czym piszą", które sprowadza się (bo czasem to trzeba łopatologicznie objaśniać) do tego, iż:
  • Tłumacz-profesjonalista bierze się za tłumaczenie tekstu, którego znaczenia w języku wyjściowym nie obczaja w ogóle;
  • W związku z tym wykona wyrób tłumaczeniopodobny;
  • Na skutek posiadania wyrobu tłumaczeniopodobnego, pacjentowi będzie zrobione kuku - może mu to ograniczyć dostęp do leczenia, które mu przysługuje, lub przeciwnie - zrobią mu coś, czego w zw. ze schorzeniem nie powinni, z uwagi na przeciwwskazania.
I tu zaczynają się schody, gdyż na tak bezpośrednio wyrażony komunikat (ja ogólnie mocno wprost się komunikuję, inaczej nie potrafię, kariery w polityce bym zdecydowanie nie zrobiła), ludzie niekiedy reagują dziwnie. I ci, do których te słowa kierowałam, i postronni. I padają różne zarzuty.

Dlaczego Państwu o tym piszę właśnie teraz? Bo po serii takich sytuacji w ciągu ostatnich miesięcy, dziś nastąpiła kolejna. I owszem, zarzuty padły, a wiem, że w analogicznym kontekście padały również pod adresem innych, którzy z troski o jakość werbalizowali swoje wątpliwości/ obawy/ krytykę. Oczywiście, jak to ostatnio bywa, znowu jest to inspiracja twarzoksiążkowa. Donoszę uprzejmie, co mi tym razem zarzucono.

Oponent A pisze:

"wygląda na to, że wśród tłumaczy nie istnieje coś takiego, jak solidarność. Ciekawe, czy lekarze i prawnicy tak siebie nawzajem otwarcie krytykują (...) Czy lekarze, którzy się między sobą konsultują, też zasługują na potępienie? To przecież jest całkowicie normalnie w wielu grupach zawodowych. Ja nie wiem skąd się wzięła taka kultura nieomylności i dlaczego przyznanie się do niewiedzy i proszenie o pomoc jest w Polsce związane z ogromnym wstydem"

I  co ja na to?


  • Jeszcze nie widziałam ortopedy, który brałby się za ekstrakcję zaćmy, szczerze powiedziawszy.... ani stomatologa leczącego stwardnienie rozsiane.
  • Sięgnęłam sobie do mądrych wytycznych, skoro o lekarzach i prawnikach mowa, tu na stronie British Medical Association pod hasłem whistleblowing podano, kiedy zareagować można a wręcz należy. Niska jakość jest jedną z uzasadnionych przyczyn interwencji. Skoro zatem lekarzom się to zaleca, a to oni przyrzekają "do kolegów lekarzy odnosić się z należną im życzliwością, nie podważając zaufania do nich, jednak postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych", czuję się rozgrzeszona. Tyle w kwestii lojalności i etyki zawodu.
  • Pytać należy i pytającego nigdy nie przepędziłam. Ba - zdarza(ło) się, że rzuca(ła)m swoją robotę, bo ktoś pyta, a jego deadline jest krótszy niż mój. Tyle, że zwykle jest to ktoś, kto jest względnie w temacie zorientowany, a potrzebuje konkretnych zmiennych, wyłożenia jak coś (jakiś drobny detal) działa, jak się nazywa, nie zaś z pojedynczych hasełek wydębionych tu i ówdzie, buduje sobie cały tekst, którego nie rozumie, a pod którym się następnie podpisze.

Oponent B pisze:



"jeśli kiedyś zdarzy mi się zadać pytanie, to czy ktoś (tylko dlatego, że uważa się za specjalistę w swojej dziedzinie, co nachalnie w każdym poście podkreśla) ma prawo mnie oskarżyć o wytworzenie produktu tłumaczenio-podobnego??? Oceniać i krytykować to można gotowy produkt. Zaznaczę, że piszę z poziomu neutralnego obserwatora. Nie znam ani pytającego (ba, nawet nie wiem, gdzie się ten wpis pojawił) , ani autorki wątku, ale ludzie… błagam… więcej człowieczeństwa, a mniej autopromocji, bo promowanie się na czyjejś niewiedzy w tak mało elegancki sposób jest słabe i jakoś ciężko mi uwierzyć, że ten wpis pojawił się w trosce o dobro pacjenta"




Co ja na to?
  • Interesujące, to przede wszystkim.
  • Tak, ten konkretny wpis, jak gros mojej działalności popularyzatorskiej w grupach społecznościowych pojawił się w trosce o dobro pacjenta. Rozumiem, że ciężko może być to pojąć komuś, kto na codzień nie styka się z ludzkim nieszczęściem w takim natężeniu, kto nie przeżywa, że "mu pacjent umarł" (kilku mi umarło tych, których dokumentację tłumaczyłam; jeden jest w tej chwili w stanie ciężkim i trzymam kciuki, żeby zdecydowano o przeszczepie i żeby go przeżył), kto nie widzi odbiorców swojej pracy. Ja widzę, znam ich na wylot, czytając dokumentację z najintymniejszymi sekretami i choć nie uważam się za osobę empatyczną, ludzka przyzwoitość nie pozwala mi o nich zapomnieć we wszystkim, co zawodowo robię. 
  • Zarzut o słabym w wydźwięku promowaniu się na czyjejś niewiedzy zaskoczył mnie chyba najbardziej. Nie tak dawno rozmawiałam z koleżanką po fachu, która obserwując wnikliwie życie branżowe na forach i grupach społecznościowych, znając tego i owego oraz czytując blogi powiedziała właśnie, że ceni we mnie właśnie to, że nie dowalam ludziom ze szczerej potrzeby dowalania i nie promuję się na czyichś słabościach. Ot, gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie :) Druga rzecz, która mnie samą przekonała, że zarzut jest nieuzasadniony (bo miałam chwilę słabości i zaczęłam się zastanawiać, czy może faktycznie coś ze mną nie tak), to fakt, że np. nie przyszło mi do głowy po dzień dzisiejszy, że na blogu czy na fanpage'u zawodowym mogłabym wkleić kilka dość obszernych e-maili (jedne otrzymane kawał czasu temu, inne świeższe) pochwalnych od młodych tłumaczy, którzy śledzą to, co piszę i jak/ gdzie działam; podobnie nie wklejam tu referencji od klientów. One sobie są - tj. niektóre z nich - na mojej stronie www i wystarczy, bo taka ich rola, mają świadczyć o moim doświadczeniu i jakości, a nie służyć samochwalstwu. Czemu miałyby służyć tutaj?

A w ramach podsumowania cytaty moich własnych wypowiedzi z dyskusji, jaka się rozpętała pod tym wpisem na jednej z grup. 
"Jeśli ktoś obnaża swoje niezrozumienie (a o medycznych w ciągu ostatnich miesięcy było kilka postów tego pokroju), to ryzykuje, że ktoś mu owo niezrozumienie wytknie, natomiast trochę mi wiszą dobre tony, jeśli wgrę wchodzi dobro pacjenta (pośrednio uzyskiwane przez uświadomienie klienta w tym przypadku oraz piętnowanie w branży zachowań nieprofesjonalnych). Zawsze byłam nieczuła na bon tony, savoire vivre'y i inne takie 'bułki przez bibułki' "
"To jest tak, że jak masz miękki kark, to klaszczesz ze wszystkimi i się nie wychylasz, a jeśli twardy - to krytykujesz, gdy potrzeba i generalnie masz w uchu, że to się komuś nie podoba, gdyż ci to po owym twardym karku spływa"

Z pozdrowieniami,
Szczęśliwa posiadaczka sztywnego karku 

wtorek, 2 lutego 2016

Jak się cenisz, tak Cię piszą.

I znów mnie sprowokowali koledzy z grupy twarzoksiążkowej. I znów o stawkach będzie. Muszę, bo się uduszę...

Młody kolega, świeżo w zawodzie jak rozumiem, pyta o wycenę tekstu. Tekstu, jak pisze, jest 15 tys. znaków (domniemam, że ze spacjami, bo jeśli nie to jeszcze gorzej...), radzi się w kwestii wyceny (zaproponowano mu 250 zł za całość). OK, młody jest, wybaczyć można. Tekst, co istotne, techniczny. 

OK, wykonałam swoje słupki zatem i wyszło mi, że 15 tys. znaków to 8.33 strony po 1800 zzs każda (zakładając, że kolega operował danymi w wersji "ze spacjami"), a zaproponowane 250 zł oznacza, że będzie tłumaczył tekst techniczny za 30 PLN od strony z rozliczeniem do 2 msc po przecinku (mało profesjonalny sposób rozliczania skądinąd). Na jego tekście ktoś kiedyś zarobi daleko więcej niż 30 PLN od strony, podkreślę, więc czemu specjalista ma być traktowany jak piąte koło u wozu i sprzątaczka? Nie pasowało mi to i zapragnęłam się odezwać, tymczasem...

... tymczasem odezwał się kolega doświadczony. Kolega doświadczony orzekł, że "stawka 14-15 groszy za słowo źródłowe to normalna i dobra stawka dla tych, którzy znają się na danej dziedzinie". Tym samym pogrzebał on moje szanse na zachowanie wielkodusznej cierpliwości, dobroci i panowania nad sobą. Bowiem zakładając że przeciętna strona a 1800 zzs zawiera jakieś 225 słów (a tego mnie uczy doświadczenie), stawka za stronę zmienia się wówczas do... WOOW... 31 PLN! I to pisze doświadczony kolega. O osobach "znających się na danej dziedzinie". I bomba wybuchła, bo nie wytrzymałam... Więc napiszę też tutaj, PT Czytelnikom pod rozwagę, o co mi właściwie chodzi.

1. Myślenie niskobudżetowe szkodzi wszystkim, bo obniża poziom wynagrodzeń w całej branży, więc im więcej ludzi uda się z takiego myślenia wytrącić i "nawrócić" na to, by się cenili, tym lepiej dla wszystkich tłumaczy. 

2. Uczenie młodego adepta, że ma się cenić, jak panna na drodze krajowej nr 50 w okolicach Kołbieli (zamiast, na przykład, luksusowa escort girl, która w telefonie ma wyłącznie numery prezesów wielkich firm), jest niedźwiedzią przysługą, bo wyrabia beznadziejne nawyki na przyszłość i nie uczy szacunku do samego siebie, swojego czasu, swojej wiedzy, doświadczenia i ciężkiej pracy.

3. Z wysokością stawek i spójnością strategii w tym zakresie wiąże się również kluczowy dla powodzenia w branży aspekt - wizerunek. Jak się cenisz, tak Cię piszą. Ile Ci płacą, tak Cię piszą. Wolę być mercedesem, do którego wszyscy wzdychają, oszczędzają nań, chwalą się tym, że go kupili lub wypożyczyli, bo w ostatecznym rozrachunku wychodzi to lepiej niż gdybym była małym fiatem, którym swego czasu jeździła cała Polska. Mniej pracy, lepszy PR i docelowo lepszy efekt finansowy. Oczywiście wizerunek jest równie nierozłącznie związany ze spójną strategią jakościową, ale to - zakładam - jest tzw. 'oczywistą oczywistością'. 

4. Umiejętne budowanie wizerunku jest doskonałym antidotum na bolączkę pt. "dobrzy tłumacze, którzy poszli w niskobudżetowość", czyli "Co mam zrobić, skoro Kowalski za płotem do każdego zlecenia robi klientowi loda gratis?". Jeśli klient otrzymuje jasny przekaz dotyczący korzyści, jakie płyną ze współpracy ze mną; tego, co różni mnie od innych Kowalskich czy Nowaków; gwarancji i obietnic oraz podstaw do zaufania w sens, celowość i zysk ze współpracy ze mną, to żaden Kowalski mi nie straszny. On zresztą pewnie tkwi non stop przy maszynie do lodów, bo klienci do niego walą drzwiami i oknami, więc swojego wizerunku nie buduje. Przestaje więc być moją konkurencją. Siedzimy na dwóch różnych grzędach, a moja jest wyżej.

5. Ktoś może powiedzieć (a zaręczam, że mówią i jest to jeden z najczęściej podnoszonych argumentów), że co ja tam wiem, siedzę sobie na Wyspach, opływam w dobrobyt, pracuję dla Brytyjczyków za brytyjskie stawki i w ogóle... Cóż, rozczaruję Państwa, ale 90% moich klientów to Polacy - osoby fizyczne lub firmy prowadzące działalność na polskim rynku. Co więcej, płacą mi w złotówkach. I owszem, całą tę politykę cenową, którą ze szczegółami opisuję m.in. na niniejszym blogu, ale też grupach dyskusyjnych i w komunikacji z tymi, którzy o to pytają, na polskim gruncie wdrażam od lat. Przyznaję, że początki były koszmarne (chyba o tym pisałam, jak zaciskałam zęby odsyłając klienta na przysłowiowe drzewo z uwagi na b. niską proponowaną stawkę, z przerażeniem myśląc o tym, że już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni ze zleceniem...), przyznaję, że wymaga to zmiany sposobu myślenia przede wszystkim, ale jest możliwe. A skoro jest możliwe w tym konkretnym przypadku, to znaczy, że możliwe jest w każdym przypadku, tylko przypadek (tj. tłumacz) musi zwerbalizować w sposób nie pozostawiający wątpliwości, o co mu chodzi. 

6. Skoro o zmianie sposobu myślenia mowa... powtórzę się zapewne (ewidentnie jednak biblijna metoda wpajania = powtarzania raz po raz ma głęboki sens, skoro problem wraca jak bumerang), niemniej naprawdę nie ma obowiązku bycia osobą samozatrudnioną, takim mikroprzedsiębiorcą. Tak jak nie ma obowiązku prowadzenia biura tłumaczeń. Aby odnieść sukces w biznesie (mikro czy makro, B2B czy B2C), niezbędny jest zestaw pewnych umiejętności i "postawa przedsiębiorcy" (entrepreneurial skills and mindset, jak powiedzieliby starożytni Rzymianie). Postawa ta obejmuje m.in. podejmowanie ryzyka, zorientowanie na zysk, umiejętność negocjacji, myślenie strategiczne i zylion innych, o których wiele książek napisano, więc nie będę ich cytować - kto chce, ten znajdzie. I teraz "stając w prawdzie ze sobą" (znowu biblijne sformułowanie mi się nasunęło) aka dokonując wnikliwej samoanalizy, należy stwierdzić, czy ja ten zestaw cech posiadam, czy też nie. Mam? - Świetnie! Nie mam? - Pytanie: Czy aż tak bardzo chcę 'pójść w biznesy', że jestem gotów/ gotowa na dokonanie zmian, aby ten cel osiągnąć czy wolę pozostać przy status-quo? Jeśli nie wykluczam dokonania zmian, to się biorę za własną edukację i pracuję nad sposobem myślenia. Jak? Na różne sposoby: lektura, dołączenie do grupy networkingowej, wykłady motywacyjne, coaching, psychoterapia, studia podyplomowe z odpowiedniego zakresu (marketing, zarządzanie etc.), kurs negocjacji... każdemu według potrzeb. W efekcie powinniśmy nabyć umiejętności, których nam brak, a które pozwolą nam pewnie stąpać po grząskim gruncie small biznesu. Jeśli natomiast uznam, że nie ma sensu nic zmieniać, gdyż się nie da, to kupuję Gazetę Wyborczą w poniedziałek, przeglądam dodatek "Praca" i uciekam z biznesów, gdzie pieprz rośnie, bo to nie jest miejsce dla mnie. Jeśli mam mentalność pracownika etatowego i to mi odpowiada, to po co gwałcić samego siebie i swój system wartości, prowadząc działalność, w której jestem własnym pracodawcą?

7. Wreszcie, bardzo fajne jest nauczenie się, żeby oddzielać zawodowe rzeczy, czyli marketing, wizerunek, zlecenia i ich wykonanie (ilość/ jakość/ cenę) od tego, kim się jest jako człowiek, bo wtedy nawet jeśli jest nam obiektywnie źle (brak zleceń, problemy finansowe, rodzinne czy zdrowotne), można sobie wizerunek pobudować w internecie, co obiektywnie nie wymaga ogromnego wysiłku. Czyli: nie masz zleceń - pisz bloga. Źle się czujesz, nie możesz się na robocie skoncentrować - pisz na grupie dyskusyjnej o dobrych czasach. Wtedy po jakimś czasie taka aktywność staje się automatyczna i bezwysiłkowa, stąd nie będzie sytuacji, w których brakuje wewnętrznej energii przez jakieś tam problemy czy okoliczności, więc nie można ruszyć z miejsca. A o to tu przecież chodzi, że "a jednak się kręci". 

Serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy dobrnęli do końca wpisu :) Powodzenia w działalności wdrożeniowej!!!

Galeria