czwartek, 30 kwietnia 2015

Szkolenie tłumaczy symultanicznych

Oto moje 3 słowa w kwestii szkolenia tłumaczy symultanicznych, które nasunęły mi się w związku z wiosną, a jak wiosna, to wszystko się mnoży - i mnie się lud w kabinie rozmnożył, no dzieworództwo niemalże, ale weszło mnie raz dziewczę do wnętrza kabiny z zapytaniem, czy może na trochę, celem posłuchania, doedukowania się i takich tam. Zupełnie na serio, dziewczę weszło mi na maila, a poza tym nie takie całkiem anonimowe dziewczę, tylko znana mi wojowniczka, co już podbiła całą swoją dziedzinę i szuka rozrywek za miedzą. Tym samym skłoniła mnie do uporządkowania własnych poglądów nt kształcenia tłumaczy konferencyjnych moją słynną, nieprzeciętnie ponoć skuteczną, autorska metodą, której dotychczas nikt (w tym sama autorka) nie opisał.

Na początek - jak zwykle - disclaimer: szkolę po swojemu, a jestem starym praktykiem, teorii przekładu nienawidzę szczerze i nie zgadzam się z nią w większości założeń.

Stopień 1: Paprotka (termin by Kamila Trajnerowicz). Paprotka tkwi w kabinie, patrzy, słucha, chłonie wiedzę i atmosferę, w przede wszystkim milczy. Paprotki nadają się do noszenia kawy, alarmowania technika od dźwięku, czasem w ramach "fali" można je również wysłać po lody tongue emoticon To jest z kolei fajny sprawdzian osobowościowy - ci, co się obrażą na śmierć, już tu nie wrócą, i dobrze.
Dobrze rokujące paprotki, czyli takie, które: nie zzieleniały ani nie pobladły na początku imprezy, nie przejawiały odruchu ucieczki w ciągu pierwszych 60 minut, nadal twierdzą, że to udźwigną i wydają się rozumieć, o czym była mowa (co udowodnią uprzejmą konwersacją w kuluarach), przechodzą na stopień 2 szkolenia (czasem w ciągu tego samego dnia).

Stopień 2: Gadacz rzeczy niemerytorycznych. Podziękowania, komunikaty organizacyjne, wazelinolejstwo i inne rzeczy, których zawalenie nie zawali imprezy, powierza się takiemu gadaczowi i niech się wczuwa, wprawia, a my mamy wgląd w jego płynność i szybkość reakcji. Jeśli nie ma obciachu, dość szybko można przejść do etapu 3.

Stopień 3: Gadacz rzeczy merytorycznych acz przewidywalnych. Na tym etapie młodemu adeptowi powierzam przekład prezentacji, które widzieliśmy i przepracowaliśmy wspólnie terminologicznie (czyli organizator dostarczył materiały odpowiednio wcześnie - to taka sytuacja idealna, która zdarza się rzadko i rozpatrywana jest w mojej specjalizacji w kategoriach cudu). Ten etap trwa dość długo i można z niego w ramach badania gruntu czynić wielokrotne pojedyncze wyskoki do etapu 4, aż do skutku.

Stopień 4: Incydentalny gadacz rzeczy nieprzewidywalnych. Adept radzi sobie nieźle z treściami przewidywalnymi, choć wymaga nadzoru terminologicznego (mam obsesję jakościową, a człowieka, który nie rozumie, o czym opowiada słuchaczom, do kabiny nie wpuszczę, choćbym Rejtanem leżeć miała). Robi glosariusze etc., co pozwala określić na jakim poziomie jest jego zrozumienie tematu, umiejętność wyszukiwania informacji oraz na szybko skorygować niedociągnięcia w tym zakresie. Gdy już jakąś wiedzę ma (w danej specjalizacji, skoków międzyspecjalizacyjnych bym NIE uprawiała, bo to ryzykowne), można wpuścić go na trochę na głęboką wodę gadania bez przygotowania (tj. bez materiałów widzianych wcześniej), oczywiście pod czujnym okiem mentora. Z czasem specjalizacji zrobi się więcej, a wtedy...

Stopień 5: Witaj Konkabinie/ Konkabino grin emoticon Proces szkolenia uznaję za zakończony, gdy ktoś radzi sobie z przekładem słowa żywego, bez względu na to, czy materiały dostał, czy nie; daje dowody wiedzy w postaci zrozumienia szerokiego zakresu tematycznego; nie pada pod wpływem stresu, gdy coś zawiedzie (technika, organizator, mówca, fizjologia...). Wtedy mogę wyjść z kabiny i bez kolejki, bo w trakcie obrad spokojnie zrobić siusiu, ale to już zupełnie inna historia...

Galeria