wtorek, 19 kwietnia 2011

Z pamiętnika młodej tłumaczki

Troszkę mnie młodzi koledzy natchnęli swoimi listami, trochę CST swoimi materiałami pozostawiającymi sporo do życzenia w zakresie profesjonalizmu terminologii medycznej w języku polskim - tak czy inaczej z wrażenia wykopałam sobie na pięknym portalu youtube.com kilka interesujących materiałów, którymi dziś - w charakterze inspiracji - pragnę się z czytelnikami podzielić.
Autorką tych materiałów jest Pani będąca obecnie w b. sędziwym wieku, z wykształcenia scenarzystka po Państwowym Instytucie Sztuk Teatralnych (podkreślam fakt, że z medycyną miała tyle wspólnego, co każdy przeciętny pacjent i obowiązek znajomości oraz używania terminologii zasadniczo żaden). Pani Ewa Szumańska, bo o niej piszę, jest autorką serii skeczy "Z Pamiętnika Młodej Lekarki". Choć w dość ewidentny sposób odnoszą się one do zagadnień społeczno-politycznych, żartobliwie przedstawiając otaczającą rzeczywistość minionej dla nas (a bieżącej dla ówcześnie tworzącej artystki) epoki, zwróciłam uwagę na inny element. Otóż w narrację w sposób mistrzowski wpleciona jest poprawna terminologia medyczna, powszechnie używany jest ten charakterystyczny dla lekarzy sposób łączenia wyrazów oraz fraz, co daje naprawdę wybitny efekt. Po przesłuchaniu jednego nagrania, zestawiło mi się ono w umyśle z analizowanymi w poprzednim wpisie materiałami CSTu i z żalem pomyślałam: scenarzystka kilkadziesiąt lat temu potrafiła, a współczesny tłumacz już nie zawsze....

Dedykuję czytelnikom nagrania pt Wyrostek, Niedrożność jelit oraz Omam. Miłego słuchania!!!





poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Po dłuższej przerwie....

Na początek słowo wyjaśnienia: codzienność mnie dobiła. Codzienność, czyli 150-200% normy (działam jak za epoki planów 5-letnich...), plus codzienność czyli choroba, która mnie upakowała do łóżka na pełne 2 tygodnie, z których jednego nie pamiętam, a w drugim nie mówiłam :)

Jestem jednakowoż w dość dobrej formie, chyba nawet trochę mądrzejsza niż przedtem, bo po 2 arcyciekawych zjazdach: Forum Chirurgii Okulistycznej oraz Konferencji Szkoleniowej Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Zdecydowanie od dobrych 2 miesięcy zalega mi na sumieniu zawodowym list od kolejnej Czytelniczki, który - jak sądzę - jest wyrazem dość powszechnych bolączek początkujących tłumaczy oraz zamieszania, jakie na rynku panuje. Mam nadzieję, że Czytelniczka nie ma nic przeciwko zamieszczeniu jego fragmentów, jak bowiem pisze, usiłowała go dodać w charakterze komentarza, niestety technologia zawiodła...

Czytelniczka pisze zatem: "jestem już na "dobrej drodze" jeśli chodzi o kierunek studiów,
znalazłam swoją działkę, którą chcę się zająć, na własną rękę próbuję się doszkalać i czytać, czytać, czytać i ćwiczę pewność siebie zgłaszając się do wszystkiego z nastawieniem, że "będę musiała sobie poradzić"".


No i taką postawę się chwali - określenie kierunku, nastawienie na zdobywanie wiedzy fachowej plus "no risk no fun" :)

Kolejne słowa jednak tchną mniejszym optymizmem: "Teraz postaram się ominąć tą przybijającą część historii polegającą na tym, że nikt nie jest zainteresowany współpracą z osobą bez udokumentowanego rozległego doświadczenia, nawet o ironio, za darmo (do tłumaczeń wolontariackich typu ustnych bądź trochę bardziej specjalistycznych, też nigdy nie zostałam wybrana). Nie wiem czy kiedyś było łatwiej, było mniej tłumaczy czy inny rynek - nie wiem, bo
podczytując różne fora widzę, że narzekają także tłumacze z ugruntowaną pozycją. Omijam ten aspekt, gdyż wiem, że nie istnieje złota rada co zrobić w takiej sytuacji - chociaż jeśli Pani takową posiada to chętnie wysłucham :)"


Przyznam zupełnie szczerze, że słucham takich historii (a słyszę ich wbrew pozorom sporo) trochę jak bajki o żelaznym wilku... Jedna rzecz, że nie pamiętam takich momentów z historii własnej drogi zawodowej - to można jednak tłumaczyć faktem, że "proszę starszej pani, to inne czasy były", a z moich "młoda i niedoświadczona" zostało już tylko "i" :) Po wtóre natomiast częste występowanie takich zdarzeń mogłoby wskazywać na dwie rzeczy - albo mamy w kraju nadmiar tłumaczy (co w specjalizacji medycznej jest absolutną nieprawdą i w związku z czym podejmuję usilne próby poszerzenia mojej doby, bo 24h to jakby ciut za mało...), albo "starzy wyjadacze" monopolizują rynek - co chyba też prawdą nie jest, bo w pisemnych medycznych słychać całkiem sporo, często nowych, nazwisk (zrobiłam sobie ostatnio ich przegląd subiektywny na stoiskach targowych kilku wydawnictw medycznych - naprawdę to nie są ciągle te same osoby, i w obrębie danej specjalizacji, i w różnych specjalizacjach). Niemniej jednak coś ewidentnie nie działa, skoro chęci do pracy są, a pracy nie ma :) Co??? To jedno z lepszych pytań, jak sądzę... Moja hipoteza robocza brzmi "Zły Adres", a konkretniej "Zły Adresat". Szkolenie młodych wiąże się z ryzykiem przejściowego pogorszenia jakości pracy. Myślę sobie, że jest to ryzyko, które z wielu względów zupełnie nie leży w interesie agencji tłumaczeń. Jeśli zatem Czytelniczka uderzała tamże w celu zdobycia doświadczeń, choćby gratisowo wykonując tłumaczenia, to - tak czy inaczej - ryzyko pozostaje nieszczególnie zmienione, albowiem ktoś to później musi przejrzeć (tzw. Doświadczony Tłumacz), co przedłuża czas wykonania zlecenia plus niekoniecznie Doświadczony Tłumacz chce wykonać "rzeźbę w Calle" (sama to mówię agencjom, gdy pytają czy "znajdę chwilkę" na korektę 20 stron tekstu). Do kogo z tym pójść? Przy odrobinie szczęścia tacy jak ja :) mogą potrzebować podwykonawcy, który docelowo stanie się partnerem do pracy (i chwała Bogu, nie ma non-stop pełnego obłożenia) i - jeśli się okaże, że obok wiedzy "na piśmie" ma również tzw. gadane - da się z niego zrobić KonKabina/ KonKabinę. Można uderzać do fundacji i stowarzyszeń - oni potrzebują tłumaczeń, zwykle mają wiedzę fachową sporą, więc korektę mogą sobie stuknąć sami (co zresztą robią), a wolontariaty wszelkie są more than welcome. Oczywiście, jeśli ta hipoteza robocza została zawczasu obalona, proszę o poinformowanie mnie - chętnie poszerzę horyzonty.

W dalszych słowach listu czytam: "Zwracam się o radę w kwestii pani specjalizacji i specjalizacji, którą sama chciałabym obrać czyli w kwestii tłumaczeń medycznych. Ta dziedzina zawsze mnie interesowała i staram się jak mogę, aby zrealizować swój cel. Na studiach i na
praktykach tłumaczenia medyczne omijane są szerokim łukiem, królują biznes, finanse i prawo. Zdaję sobie sprawę, że ze względu na poziom trudności takich tłumaczeń nie jestem w stanie sama opanować potrzebnej wiedzy (brak materiałów, możliwość wyuczenia np. nieprawidłowych odpowiedników), tak jak w przypadku każdych innych tłumaczeń trzeba mieć jakieś podstawy (bo tego, że potem każdy tekst wymaga siedzenia i czytania na dany temat, także już doświadczyłam).
Nawet jeśli opanowałabym coś na własną rękę to pozostaje problem, tego że nikt nie zatrudni osoby bez udokumentowanego doświadczenia tym bardziej w takiej dziedzinie. Ponadto, zewsząd słyszę głosy zniechęcające mnie do tego typu tłumaczeń, co motywowane jest tym, że takimi tłumaczeniami zajmują się głównie osoby po medycynie."


Hmm... Staraj się Czytelniczko - to w charakterze słów wstępnych. Jeśli medycyna jest Twoją prawdziwą pasją, znaczy fascynuje Cię to, co się w człowieku na różnych poziomach - układowym, narządowym, molekularnym, wreszcie genetycznym dzieje i jakim cudem cała ta układanka współpracuje ze sobą jako świetnie zgrana fabryka, to nie mogłaś trafić lepiej, zwłaszcza jeśli dla odmiany nie pociąga Cię odpowiedzialność za życie i zdrowie realnego pacjenta w liczbie wybitnie mnogiej, którego Twoje decyzje mogą zabić lub uzdrowić... Tu, w tłumaczeniach, ta odpowiedzialność wprawdzie się pojawia (zwłaszcza jeśli wysyła się pacjentów na leczenie poza PL z dokumentacją w obcym narzeczu zrobioną naszą własną ręką - tu po sapersku pomyłka = śmierć), nie jest jednak stała, 24-godzinna przez 365 dni w roku. Natomiast zdecydowanie jest to fantastyczne poletko w rozumieniu edukacyjnym, dodatkowo z perspektywy kilku lat w tłumaczeniu danej specjalizacji widać postęp naukowy jak na dłoni, co daje po części satysfakcję z możliwości przekazania go "pod strzechy" w przedrukach artykułów, w prezentacjach zjazdowych etc. - rozwój zatem gwarantowany. I to gratisowo!
Ad. dalszych słów, niestety uczelnie medycyny się "boją" (?). Ten lęk (czy "lęk") przekazują swoim studentom - przyszłym tłumaczom, którzy następnie unikają słowa "medyczny" jak ognia czy przysłowiowej święconej wody. I tak mamy tysiące tłumaczy unijnych, prawnych, biznesowych czy finansowych oraz dziesiątki tłumaczy medycznych. Z tej liczby należy odsiać tych, którzy znają się na branży (czyli są lekarzami), ale brakuje im lekkiego pióra lub umiejętności komunikacyjnych, na czym cierpi jakość oraz tych, którzy znają język natomiast wiedza fachowa stoi u ich drzwi i dobija się coraz głośniej... tylko nikt jej nie chce wpuścić. Tak kończymy z liczbą kilku, w moim odczuciu, naprawdę dobrych tłumaczy medycznych, z częścią których miałam/ mam przyjemność współpracować i których nazwisko działa naprawdę uspokajająco (jeśli ktoś troszczy się o jakość przekładu pisemnego czy ustnego).
Czy zatem tłumaczeń medycznych można nauczyć się w szkole...? Myślę, że to pytanie dobre do sprowokowania szerokiej dyskusji... Osobiście raczej skłaniam się ku zaprzeczeniu i śpieszę podać swoje uzasadnienie: w naszym pięknym kraju istnieje Centrum Szkoleń Tłumaczeniowych w Sosnowcu, które jako jedyne prowadzi szkolenia dla tłumaczy medycznych. Z tłumaczami po ich specjalizacji medyczno-prawnej (swoją drogą, cóż za niefortunne połączenie) miałam (i mam) kontakt - plus: są to w przeważającej większości ludzie mocno plastyczni, elastyczni, czyli "do wyrobienia" i chcą się uczyć, minus - słownictwo wykorzystywane czasami załamuje "zatwardzenie" (jako odp. constipation, czyli zaparcia), kultura (jako odp. culture w mikrobiologii, czyli posiew...), dalekowzroczność starcza (jako odp. presbyopia, czyli starczowzroczności aka presbyopii w j. polskim - jedną z tych nazw tendencyjnie uznaje się za niepoprawną politycznie). Zastanawiałam się, czy przyczyną tego stanu rzeczy (takie "kffiatki" pojawiały się w tekstach wszystkich osób po tym szkoleniu...) są właściwości osobnicze, ale po dotarciu do opublikowanych na stronie www CST materiałów, zrozumiałam wszystko. Mamy bowiem tekst oryginalny treści następującej:

Does nose surgery require external incisions?
Rhinoplasty can be performed either by incisions on the inside of the nostrils or in conjunction with a small incision at the base of the nose. This incision heals without a trace and it allows a detailed inspection of the internal structures of the nose. Although most nose surgeries in the past were performed without this additional incision, nowadays more "open" rhinoplasties are done which allow more precision in correcting disfigurements.

oraz odgórne jego tłumaczenie na język polski, które brzmi tak:

Czy operacja nosa wymaga zewnętrznych nacięć?
Operacje nosa mogą być przeprowadzane albo wyłącznie poprzez nacięcia wewnątrz dziurek nosowych albo przez kombinacje tych nacięć z kilkumilimetrowym nacięciem u podstawy nosa. Nacięcie to goi się zwykle bez śladu a pozwala na dokładną inspekcję wewnętrznych struktur nosa. Chociaż większość operacji nosa była wykonywana kiedyś bez tego dodatkowego nacięcia, obecnie coraz więcej operacji jest robione sposobem "open", które pozwala na bardziej precyzyjną korektę zniekształceń.

I kiedy zobaczyłam te wszystkie "operacje nosa", "dziurki nosowe", "inspekcje", "sposób open" - wszystko stało się jasne, choć sam program szkolenia jest - przyznać należy - dość interesujący:

Program minimum specjalizacji medyczno-prawnej

(z wyłączeniem wspomnianego tam układu trawienno-wydalniczego, którego określenie w ten sposób samo w sobie jest błędem rażącym i mam głębokie przekonanie oraz nadzieję, że razi nie tylko mnie)

Jasne zatem jest, dlaczego tłumaczenia medyczne w Polsce wyglądają tak, jak wyglądają - brak szkoleń, brak wiedzy i bariera gigantyczna między hermetycznym światem lekarzy a rozsianym i chaotycznym światem tłumaczy. Spore pole do działania pozostaje w zakresie likwidacji tej bariery.

Czy można zatem samemu opanować tę "wiedzę tajemną" (sformułowanie jest autentykiem z przemówienia ubiegłorocznej absolwentki WUM, która swoim wystąpieniem wprawiła mnie i świeżo zaaklamowanego Doktora Honoris Causa WUM uczestniczącego w uroczystości w niebywałe wręcz osłupienie)? Myślę, że na poziomie tłumaczeń - tak. Czego potrzeba? - Ciekawości, pasji, dobrego stylu uczenia się (sięgając do mojego ulubionego aspektu metodyki glotodydaktycznej, należy być typem CALP a nie BICS), umiejętności szybkiego i skutecznego wyszukiwania informacji w internecie i piśmiennictwie drukowanym, "telefonu do przyjaciela" w wypadkach ścian nie do przeskoczenia i dziur w wiedzy, które koniecznie należy załatać tu, teraz, natychmiast. Nie uważam, że tłumaczem medycznym jest ktoś, kto rzadziej lub częściej medycynę tłumaczy i do tego jego kontakt z dziedziną się ogranicza. Taki ktoś jest tłumaczem. Może nawet dobrym tłumaczem (przy odrobinie szczęścia). Może nawet medycynę tłumaczy poprawnie - niewykluczone. Natomiast żeby być tłumaczem medycznym "pełną gębą", potrzeba dodatkowo zacięcia ideologicznego, pędu do wiedzy, doczytywania piśmiennictwa z przyjemnością po godzinach, w czasie wolnym, takiego "radaru" do wyłapywania nowinek medycznych z otaczającego świata i umiejętności kojarzenia faktów budując z nich spójny obraz tej Królowej Nauk. Ów pęd do wiedzy spowoduje to, o czym Czytelniczka pisała - czytam literaturę przedmiotu przez cały dzień, a potem dopiero siadam do tłumaczenia tekstu z tej dziedziny albo zainspirowana jednym zdaniem z czyjegoś wystąpienia wracam do domu i natychmiast doczytuję wszystko, co mogę znaleźć na ten temat (btw, mnie ostatnio zainspirowało działanie montelukastu na poziomie komórkowym, więc ambitnie zbłębiam temat). Jeśli już zdarzy się dostać zlecenie, należy się do niego b. dobrze przygotować - nie tylko glosariusz zawierający w jednej kolumnie słówka polskie, a w drugiej ich odpowiedniki w obcym narzeczu. Przygotowanie będzie obejmowało zrozumienie tematu - czyli np. czym różni się trabekulotomia od trabekulektomii ("bo ja mam subtelne wrażenie, panie Piotrze, że pan chyba tej różnicy nie pojmuje w pełni" by profesor K. Pecold) tudzież owa nieszczęsna presbyopia od dalekowzroczności starczej (przykłady z mojej "grządki" najgęściej obsianej, czyli okulistyki).

Głosów zniechęcających zaś, droga Czytelniczko, po prostu nie należy słuchać :) i "róbmy swoje".

Oddajmy jednak głos samej Czytelniczce, która kończy wywód stwierdzeniem: "Nie wiem, ile w tym stwierdzeniu (że medycynę tłumaczą tylko lekarze - przyp. red.) jest prawdy - a nie wyobrażam sobie iść na studia medyczne tylko z takich pobudek, tak jak można by łączyć np. filologię z prawem czy ekonomią. Biura tłumaczeń nie chcą brać na praktyki, tłumacze nie są zainteresowani mentorowaniem. Czy miałaby Pani jakąś radę, co do materiałów, możliwych kursów, miejsc gdzie można się zgłosić? Staram się nie tracić optymizmu, że dane mi będzie robić w życiu to, co najbardziej chciałabym robić."

Prawdy jest w nim równie mało jak dużo :) Ja jestem frakcją nie-lekarską-a-jednak-medyczną. Z wykształcenia jestem filologiem anglistą oraz specjalistą HR, z czym się zresztą nigdy nie kryłam i nie kryję. Tłumaczę medycynę, która jest moją wielką życiową pasją, co również nie jest tajemnicą. Pasja i perfekcjonizm przekładają się na jakość, co doceniają zadowoleni klienci, będący największymi polskimi ekspertami w swoich specjalizacjach. Zatem - da się :)
I również nie wyobrażam sobie, żeby nie planując pracy w zawodzie spędzić 6 lat na uczeniu się terminologii :), bo do tego by się studia medyczne - de facto - wówczas sprowadzały. Chyba nie tędy droga.

Materiały? Bardzo proszę: www.termedia.pl; www.okulistyka.com.pl; www.urologiapolska.pl; www.pneumonologia.viamedica.pl; www.ppn.viamedica.pl; www.neuroedu.pl - trochę tego jest.... tylko siedzieć i czytać. Z zagranicznych polecam PubMed i wszystkie linki angielskojęzyczne, w których występuje "ncbi.nlm.nih.gov" można uznać za terminologicznie wiarygodne ;)

Kursy...? Przymierzam się do tego od dwóch-trzech lat i mam nadzieję finalnie zakończyć zmagania z planowaniem i zrealizować pierwszy taki kurs już wkrótce, ale narazie o tym ćśśśś... Mam nadzieję, że będzie to odpowiedź na istniejące potrzeby, że będzie pożyteczny, oferujący praktyczne rozwiązania i skutkujący nawiązaniem nowych, korzystnych obustronnie relacji zawodowych.

Co do optymizmu - nie wolno tracić ducha! Wiara w słuszność obranego kierunku i możliwość zaoferowania otoczeniu tego, czego ono rzeczywiście potrzebuje, a co jest dobrej próby, stanowi podstawę działania w jakimkolwiek biznesie. Niech Czytelniczka (i nie tylko ona ;-) o tym nie zapomina.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Karolina Kalisz

Galeria