niedziela, 5 czerwca 2016

Aaaaby zadowolić klienta - tym razem dwugłos.

Niniejszym oświadczam, iż podle podkradłam (ja, w dalszym ciągu dyskursu skracana do ‘KK’) temat koledze (w dalszym ciągu dyskursu skracanym do ‘ŁG’), który się nosi z zamiarem pisania o tym samym :)

ŁG: Tam zaraz podle

KK: Niemniej kolega, wspominany już w treści tego bloga, Łukasz Gos pisze dużo i na bogato

ŁG: Sos jaki do tego?

KK:… więc pewnie od siebie dołoży górę grosza, będzie miał materiał do polemizowania, dyskusji i wyłuszczania co bardziej soczystych cytatów etc. Generalnie liczę, że się nie obrazi

ŁG: Umiesz liczyć, licz na siebie :P

KK: Post będzie z pogranicza marketingu, strategii biznesowej, psychologii i etyki

ŁG: nie zapomnij o dendrologii…

KK: Zrobiło się strasznie? Super, śmiesznie też będzie. OK, sytuacja nr 1:

Dostałam zapytanie o bardzo krótkie tłumaczenie i informację, że: „Wynagrodzenie za kilka przesłanych wyrazów tj. 0,3 strony rozliczeniowej wyniesie 7,5 PLN brutto”.
Odpisałam, że generalnie strona rozliczeniowa to strona do 1600zzs i podałam moją stawkę. No i dostałam odpowiedź: 
„Pobieranie opłaty za całą stronę, podczas, gdy tłumaczy się tylko 500 znaków nie jest dobrze widzianą praktyką”.

Sytuacja nr 2:
Pewne biuro, takie z tych bardziej tradycyjnych (...) od lat, z uporem maniaka, przysyła mi maile o treści: „proszę o wycenę tłumaczenia podanego w załączniku", przy czym załączony plik to .pdf. Ja z kolei niezmiennie grzecznie im odpisuję, że „wycena tłumaczenia” (czyli w istocie obliczenie liczby znaków/słów, ponieważ moją stawkę znają) należy do ich zadań, ja chętnie wycenię, jeśli przyślą mi wstępnie obrobiony plik lub podadzą liczbę znaków/słów. I tak do wypęku. Zwykle nic nie sugeruję BT, ale po kolejnym takim mailu zaproponowałam, że może by jednak zainwestowali (przynajmniej) w ten OCR, bo zaczyna to wyglądać niepoważnie, a ja już nie wiem, jak mam formułować maile ciągle o tym samym. W zasadzie praca tego biura polega na forwardowaniu maili, takie jest przynajmniej moje odczucie.
I teraz pytanie, a właściwie milion: Czy ja za bardzo kapryszę? Czy mam zbyt duże wymagania? Czy jestem zbyt pryncypialna? Mam OCR (duh), czy nie powinnam pójść BT na rękę? Czy może raczej BT traktujące poważnie zleceniodawców i zleceniobiorców powinno włożyć więcej wysiłku we współpracę?

Sytuacja 3:
Dostałam zapytanie od biura i proszą mnie o przedstawienie propozycji odnośnie do rozliczania się za powtórzenia w Tradosie. „Czy macie standardowe rabaty?” Generalnie odpowiadam, że nie stosuję rabatów, ale z tym klientem niestety nie będzie to możliwe.

Sytuacja 4:
Biuro, z którym pracowałam, zleciło mi duże tłumaczenie wycenione na 1000 zł [to jest duże? — k.]. Warunkiem realizacji było przesłanie tłumaczenia w partiach. Wywiązałam się z tego zadania, w międzyczasie nanosząc korekty według komentarzy klienta tego Biura. Po zakończeniu, tj. odesłaniu ostatniej partii tłumaczenia, po jakimś czasie dowiedziałam się, że tłumaczenie zostało odrzucone przez klienta (nie znam przyczyny, gdyż nie została mi ona podana). Szefowa Biura poinformowała mnie także, że została obłożona karą za niewywiązanie się z umowy. Zastanawiam się więc, czy powinnam mimo wszystko rościć sobie prawo do zapłaty za swoją pracę, gdyż wykonałam tłumaczenie plus korekty. Według regulaminu tego biura klient zobowiązany jest uiścić zaliczkę za zlecenie powyżej 30 stron (zlecenie to miało ok. 100 stron rozliczeniowych), a więc jakaś część zapłaty za dzieło mi się chyba należy. Co więcej, o anulowaniu zlecenia dowiedziałam się po wykonaniu i wysłaniu tłumaczenia [to anulowaniu czy odrzuceniu? —k.].

Sytuacja 5:
Zapis w umowie z BT: W przypadku tłumaczeń USTNYCH zwykłych wyrażam zgodę na dokonanie rozliczenia czasu tłumaczenia zgodnie z zasadą: jednostka rozliczeniowa 15 minut a czas powyżej 45 minut rozliczany co 15 minut.

Sytuacja 6: 
Z serii „tłumacze pytają”: Drodzy tłumacze ustni, czy jeżeli z góry jesteście informowani, że przykładowo 1 h macie tłumaczyć, a 6 h pozostawać do dyspozycji gościa, to liczycie za całość jak za 2 bloki tłumaczenia? Czy jednak za dyspozycyjność podajecie trochę niższą stawkę?

Co łączy opisane powyżej 6 sytuacji (wszystkie autentyczne)? Dotyczą relacji z klientem, a jak wiadomo „klient nasz pan”…

ŁG: …że komu niby wiadomo?

KK: To taka ogólno-obiegowa prawda, czepiasz się! Natomiast nasuwa się pytanie: Czy jeśli klient jest naszym panem, to my z automatu stajemy się jego niewolnikami? Czy i gdzie jest granica oraz czy moje postępowanie w tym zakresie ma jakiś wpływ na to, co całościowo dzieje się na rynku tłumaczeń? Tak czy siak, drodzy Czytelnicy, postanowiłam zatem złożyć w sensowną całość wszystko to, co na ten temat myślę, opisać wypracowaną osobiście i sprawdzoną w praktyce strategię wraz z uzasadnieniem, dlaczego takie właśnie postępowanie ma moim zdaniem najwyższy sens. A żeby kolegi wzmiankowanego na wstępie nie irytować, zaproponowałam mu w tym zakresie współpracę, dzięki czemu PT Czytelnicy odniosą jeszcze większy pożytek, będą się bowiem mogli zapoznać z punktem widzenia dwojga tłumaczy reprezentujących różne specjalizacje (ja — medycyna, kolega — prawo), mieszkających w dwóch różnych krajach (ja — UK, małe miasteczko; kolega — Polska, stolica)

ŁG: Oj, bo się Kraków obrazi, a ja próbuję z nimi żyć dobrze!

KK: …i współpracujących z klientami z kompletnie odmiennych segmentów (ja — wydawnictwa medyczne, pojedynczy lekarze, CRO, firmy farmaceutyczne oraz eventowe; kolega — przeważnie biura tłumaczeń oraz prawnicy z kancelarii mniejszych lub większych bądź korporacji). Co wymyśliliśmy wspólnie?

ŁG: Dzień dobry, Szanowni Czytelnicy, bo kindersztuba ważna rzecz. Odnośnie do Sytuacji 1 to zadziwię Cię zapewne, bo sam akurat nie stosuję co do zasady stawek minimalnych. Jednak w moim przypadku takie 0,3 strony to z reguły będzie rzeczywiście 0,3 strony tłumaczenia, a nie 0,3 strony tłumaczenia plus godzina telefonów i mejli i kolejna godzina poszukiwań terminologicznych i może jeszcze wysłać papierową fakturę pocztą? W takich przypadkach wolę rozliczenie czasowe.

Trochę jednak inną rzeczą niż niewdzięczna a konieczna obsługa małych tekstów są wielkie targi o małe kwoty. Patrzę na to też w taki sposób: do pewnego stopnia trzeba być elastycznym, są jednak granice pozwalania w różne bezsensowne rzeczy się wciągać. Na przykład: jeśli nie miałbym ochoty poświęcić całej godziny na szukanie upuszczonej gdzieś na chodniku własnej złotówki, choćbym miał pewność, że ją znajdę, to czy można mieć do mnie pretensje o to, że nie chciałbym też uczestniczyć w poszukiwaniu cudzej? Czy nawet banknotu, który wiatr mógł zwiać gdziekolwiek, a schyliłby się po niego każdy przechodzień, który zobaczył go wcześniej? To samo odnosi się do takich łowów na lotne złotówki w cenach i rozliczeniach.

Ludzie są w stanie spalić paliwa za 10 zł, żeby zaoszczędzić 5 zł na zakupach, ale to nie znaczy, że my musimy im w tym pomagać. Zresztą w tym wypadku prawdziwa pomoc polegałaby na wytłumaczeniu błędu.

Może warto wspomnieć, że te proporcje pozostaną niezmienione także wtedy, gdy te godziny i złotówki trochę się pomnoży — a mam wrażenie, że to są już znacznie częstsze sytuacje, bardziej zróżnicowane. Niech każde z nas samo siebie teraz zapyta, ile było takich jedno- lub dwustronicowych zleceń, na których temat rozmawiało się czy mejlowało całymi godzinami, zwłaszcza jeśli to były jakieś wyceny i negocjacje, które w ogóle nie doszły do skutku.

KK: Istotnie, jest to pewne zaskoczenie, bo ja tego typu prośby zbywam krótkim „w moim świecie rozliczam się do pełnej zaczętej strony – proszę o potwierdzenie zlecenia (lub – w domyśle – udanie się na najbliższe drzewo celem podyndania)”. A następnie zupełnie nie zawracam sobie głowy rozbiorem gramatycznym czy logicznym sytuacji, bo nie jest tego warta.

ŁG: Cóż, jak mawiał Sokrates, życie nieprzemyślane nie jest warte przeżycia. Jeśli coś cię ciekawi z tego czy innego punktu widzenia, to warto poświęcić mu czas nawet jeśli nie przekłada się w bezpośredni sposób na zarobek, m.in. po to, aby nie być niewolnikiem zegara zespolonego z kasą fiskalną. To w pewnym sensie luksus, kiedy nie cały nasz czas to pieniądz. (Jest to zresztą jeden z powodów, dla których warto mieć porządne stawki, a nie robić dużo i tanio). Przełożenie mniej bezpośrednie byłbym zresztą w stanie wykazać, ale… już słyszę ten wielki ziew. ;) Powiem tylko, że analiza ekosystemu zawsze się koniec końców opłaca.

Zaokrąglania natomiast unikam z tego powodu, że tam — dosłownie rzecz biorąc — wystawia się rachunek za coś, czego się jednak nie daje. To budzi bardzo zrozumiały sprzeciw i kojarzy się z zastosowaniem (ekonomicznej) przemocy, właśnie w formie zmuszenia kogoś do uiszczania zapłaty za dobro, którego nie otrzymuje. Wolałbym przynajmniej formułę: „jak za jedną pełną stronę”, najlepiej z wyjaśnieniem, że to jest prosty zwyczajowo przyjęty sposób rozliczania kosztów manipulacyjnych itp., a nie na „zawyżanie wagi”. Moim zdaniem najlepiej tego jednak w ogóle unikać, chociaż, oczywiście, konkretny klient powinien raczej płacić za to, co sam dostaje, a nie pokrywać stratę tłumacza na innych klientach.

Nie jestem też z reguły wielkim fanem krótkich odpowiedzi. To znaczy można się takiej doigrać, ale trzeba się postarać. Bardzo wierzę we wkładanie wysiłku w rozmowę i robienie tego też dobrze, a nie tylko naszej pracy merytorycznej.

KK: Ja w takich kwestiach wykonuję prosty rachunek ekonomiczny – ustalam, czy wyjaśnianie wszystkiego od Adama i Ewy począwszy ma sens, czy niekoniecznie i zgodnie z tym działam. Są przypadki, gdy rozmowa jest jak najbardziej wskazana, są też takie, gdzie wiadomo, że żadnego pożytku z niej nie będzie, bo „prośba” zamawiającego jest zagrywką typu jarmarczne targowanie się, a na to w moim świecie miejsca nie ma.

ŁG: Również co do sytuacji 2 zafunduję Ci podobną niespodziankę. Ostatecznie biura „tradycyjne” mają wiele swoich dobrych stron, bywają oazą wolności od tych absurdów, którym podlegają biura o orientacji bardziej zachodniej. Poza tym wszyscy mamy jakieś tam swoje indywidualne przywary, tylko własne trudniej dostrzec, a cudze łatwiej. Jeśli tylko można, to trzeba podchodzić do tego łagodnie, z wyrozumiałością, nam też będzie wtedy lepiej, bo emocje robią swoje. Są plusy i minusy, jak zawsze.

Minusem jest to, że mówisz jak grochem o ścianę. Za to plusem jest np. to, że nie wejdą Ci na poczucie winy, że czego innego się spodziewali, bo oni już zrobili klientowi wycenę, a w życiu nie słyszeli o stawce ekspresowej za 30 stron z wieczora na rano, nie poproszą Cię też raczej o idealne odwzorowanie rozmiarów czcionki i odstępów na podstawie skanu, nie wyskoczą z odliczeniem 30% w „fuzzy bandzie” 51-74% itp. itd. Jest wiele rzeczy, których nie zrobią.

Poza tym takie każdorazowe pytanie o wycenę przywykłem też postrzegać jako pewien ukłon w stronę niezależności tłumacza. Między innymi na tym polega różnica między byciem współpracownikiem, a byciem „dostawcą” (węgla na opał?).

KK: Czepiasz się słów J Dostawcą usługi jestem, a jakże. I mogę nim być, o ile wynagrodzenie mi tę fuchę wynagrodzi. W przypadku  tekstów moja stawka jest dość przejrzysta i czy biuro tłumaczeń, czy pojedynczy naukowiec, czy firma eventowa, czy farmaceutyczna mogą sobie spokojnie sami przeliczyć, ile zapłacą, bo algorytm do tego mają opisany na początku współpracy jasno i wyraźnie. Ustne natomiast zawsze wyceniam indywidualnie, bo tu wchodzi w grę X czynników wikłających.

ŁG: Oczywiście to byłaby insza inszość, gdyby biuro wykorzystywało danego tłumacza do ustalania liczby znaków lub słów do wyceny, a później zlecenia otrzymywałby ktoś „tańszy”, nie wspominając o ukrytych aukcjach (nie zawsze widać, że mejl jest skierowany do wielu odbiorców, a już zwłaszcza nie wiadomo, do ilu innych biur napisał klient „naszego” biura), ewentualnie gdyby ktoś oczekiwał nie ustalonej w przybliżeniu kwoty, a konkretnej, dokładnej liczby słów na podstawie nienadającego się do konwersji skanu. W tym ostatnim przypadku czuć byłoby wyraźnie opary absurdu, a w każdym razie byłoby to życzenie z gatunku takich, którym trzeba stanowczo odmawiać i uważać, żeby samemu się tym absurdem nie zarazić. To jest inna para kaloszy i martwi mnie, że ktoś w ogóle mógłby mieć wątpliwości, czy nie za dużo oczekuje, jeśli nie chce być w taki sposób traktowany.

KK: Obawiam się, że to jest gdzieniegdzie smutny standard – zrób nam OCR, wyceń, a my to zlecimy komuś tańszemu, wielu kolegów opisywało takie sytuacje. Celują w tym biura forwardowania maili (kto nie wie, co zacz, niech dziękuje niebiosom, że nie było mu dane poznać).

ŁG: Natomiast jeżeli tłumaczka z Twojego przykładu postrzega tę kwestię w kategoriach oczekiwania od BT więcej powagi czy „ogarnięcia”, to… może nawet teoretycznie ma racje, ale — moim zdaniem — powinna wrzucić na luz.

Z psychologicznego i  ekonomicznego punktu widzenia może warto wrócić do tego, że każdy ma swoje indywidualne trudności, które ciężko jest sensownie porównać, a łatwo pochopnie oceniać, marginalizować. Często nie wiemy, co jest dla danego człowieka trudne, nie wiemy też, na jakich dokładnie podstawach opiera się wybór konkretnego tłumacza, zwłaszcza gdy stawki są podobne. A co, gdyby np. okazało się, że ktoś zleca nam tyle, ile zleca, właśnie dlatego, że z jego punktu widzenia jesteśmy osobą najbardziej życzliwie nastawioną do współpracy? A kto wie, ile razy taka osoba załatwiła akceptację dłuższego terminu lub wyższej stawki, m.in. właśnie powodując się wzajemnością?

KK: O prawdziwości tych słów przekonałam się osobiście w co najmniej kilku sytuacjach.

ŁG: Za to możemy pogadać o dziesiątkach a nawet setkach stron kilku różnych „style guide’ów” do pojedynczych, krótkich zleceń. O listach zadań do wykonania przy okazji tłumaczenia, związanych nie z przekładem, a z prostą sekretarską obróbką dokumentów, ewentualnie jakąś prostą pracą informatyczną.

KK: Zgadzam się, że rada dotycząca ‘wrzucenia na luz’ jest w tym przypadku słuszna, bo koszty OCR można z powodzeniem uwzględnić w stawce. Ja tak robię z reguły, onlineocr.net kosztuje niewiele za pakiet tysiąca stron, a swoje zadanie wykonuje wyśmienicie; klient zaś (bezpośredni w szczególności) docenia kompleksową usługę, ALE… należy mieć pewność, że nie jest to krótka wymiana maili z wyceną z klientem, który na taki pakiet (czy inny soft o zbliżonych właściwościach) pieniędzy żałował, więc poużywa sobie mój, a tłumaczenie zleci komuś tańszemu, jak opisano powyżej. Czyli pierwsza zasada marketingu: dobrze poznaj klienta J

ŁG: Ale numer, jeszcze wyjdzie na to, że się spieramy! No, ale skoro już tak Cię cały czas zaskakuję, to niech mi będzie i wolno dodać, że nie jestem entuzjastą przykładania kategorii „kompleksowej usługi” do naszej pracy. „Kompleksową usługę” może oferować np. warsztat samochodowy lub firma informatyczna — i nie jest to żaden despekt — ale nasza praca jest zbyt humanistyczna, aby używać metafor z produkcji i sprzedaży. Podkreślam też, że tłumacz nie jest od wszystkiego, a od tłumaczenia, podobnie jak adwokat jest od prawa, a lekarz od leczenia. Oczywiście wykonują przy tym czynności administracyjne itd., ale tego się nie eksponuje. Wcale nie rośnie szacunek do naszego zawodu, ani nawet sympatia, przez to, że się pozwala na to, aby tłumacz był od wszystkiego, zwłaszcza kiedy do tego wszystkiego należy gros prac, do których wykonywania jego kwalifikacje naprawdę nie są potrzebne. Podam Ci trochę przerysowany przykład: jeżeli się aplikuje na zastępcę dyrektora w średniej firmie, to dopisanie do CV „prawa jazdy kategorii B i znajomości pakietu MS Office” raczej nie zwiększy szans takiego kandydata. Asystentka dyrektora, która zarabia więcej od nas, a i tak parzy czasem kawę, raczej też o tym nie pisze w CV, a o tych bardziej skomplikowanych rzeczach, którymi się zajmuje, na czele z zarządzaniem czasem szefa i jego papierami, pewnymi funkcjami reprezentacyjnymi itd.

Powiem więcej, wyraźniej: nie należy pozwalać, aby tłumaczenie stawało się czymś w rodzaju taniego punktu tłumaczenia plus drukowania plus półprofesjonalnego DTP i co tam jeszcze, bo to jest tylko wersja po liftingu starego problemu pt. „Pani Marto, pani mi to przepisze po francusku”.

KK: Taniego? Broń Boże! Kompleksowego? Owszem, jeśli mam wystarczające kompetencje, by to zrobić dobrze. Na tej zasadzie, powinnam ze swoich usług wyłączyć medical editing czy medical writing, bo to nie tłumaczenie J Natomiast to właśnie moje otwarcie na takie dodatkowe usługi pozwoliło mi dotrzeć tu, gdzie obecnie jestem zawodowo – tj. od kilku lat zajmuję się redakcją językową (i niekiedy tłumaczeniem) artykułów medycznych dla dwóch periodyków medycznych wydawanych w Polsce.  Można pomyśleć „phi, przecież to korekta, wielkie mi rzeczy…”, natomiast nie do końca w tym przypadku zakres usług pokrywa się z korektą, bowiem wymaga oprócz znajomości prawideł języka, również znajomości omawianych zagadnień (w celu wychwycenia przejęzyczeń, pomyłek czy ordynarnych błędów, których z jakiegoś powodu nie zauważył recenzent), a także – a może przede wszystkim – znajomości zasad pisania artykułów medycznych (czyli szeroko rozumianej sztuki medical writing). Niemniej ja o tym nie tyle w ramach autopromocji, co bardziej dla ukazania, że poszerzanie zakresu usług z zamiarem osiągnięcia rzeczonej „kompleksowości”, wcale nie musi być ślepą uliczką i zaniżać nasz status zawodowy.

Zdecydowanie natomiast zgadzam się z tym, co powiedziałeś o psychologicznym efekcie takiego działania – zasada wzajemności jest jedną z głównych metod wywierania wpływu, uważam, że ma swoje zasłużone miejsce w dobrych relacjach biznesowych, ociepla wzajemne stosunki, wyraża naszą „dobrą wolę” (podkreślę – nie tożsamą z byciem frajerem, ofiarą losu i przysłowiową bosą sierotą, która daje się wyzyskiwać) oraz pozycję „frontem” (a nie zadem :P ) do klienta.

ŁG: Zdecydowanie. Trzeba być uprzejmym. Trzeba być pomocnym. Nie trzeba robić problemów. Raczej trzeba je rozwiązywać. Tylko że być pomocnym to nie znaczy być służalczym. Przecież nie podbiegniemy do prezesa i nie zaoferujemy mu, że poniesiemy za niego teczkę, prawda? (Chyba że jest to osoba np. starsza lub chora, a teczkę ma cięższą). Nie obejdziemy też raczej samochodu, żeby mu otworzyć drzwi (chyba że własnego), stanąć na baczność i strzelić obcasami. To akurat każdy intuicyjnie jakoś łapie. Tylko szkoda, że ludzie nie łapią tego w scenariuszach mniej przejaskrawionych.

Powiedziałbym, że w naszej branży służalczości — w sensie gotowości do wykonywania różnych zadań poniżej własnych kwalifikacji, aby tylko zadowolić klienta — jest nadmiar, a uprzejmości i gotowości do pomocy jest akurat wręcz za mało.

KK: Otóż to!

ŁG: Przy okazji — z osobami, u których z wzajemnością jest krucho, np. nie pomogą, tworzą listy wymagań, przerzucają na tłumacza, co się da, są apatyczne, niezadowolone — też trzeba pracować, trzeba starać się je zrozumieć, to pewnie często są ludzie, którzy mają trudną sytuację w rodzinie, w pracy, mieli ciężkie dzieciństwo, to jest większy problem niż tylko te stosunkowo drobne uciążliwości, jakie innym osobom sprawia potem obcowanie z nimi.

Jednak, ostatecznie rzecz biorąc, kiedy już się trafi na kogoś, kto zachowuje się naprawdę jak buc albo jak osoba bezpodstawnie rozkapryszona, to trzeba po prostu postawić takiemu zachowaniu tamę. Zręcznie, inteligentnie, nie napastliwie, ale też nie nadskakiwać i nie dolewać oliwy do ognia przez wchodzenie w jej grę. Zresztą schlebianie nastrojom takiej osoby nie pomaga jej, a szkodzi, pogłębia jej problemy, utrwala postawę, która te problemy pomnaża.

KK: I po n-te w tej kwestii – znów się zgadzamy co do style guide’ów, od tego są DTPowcy, a nie tłumacze. W światłych krajach (czyli m.in. tu, gdzie mieszkam), wygląda to całkiem radośnie, a i zarobić można ładnie na takiej pracy – dniem i nocą, co kto woli. Na portalu reed.com jest sporo ofert dla rzeczonych „document production specialists”, w Londynie uposażenie roczne brutto na takim stanowisku może wynosić nawet 35 tysięcy funtów. Zdecydowanie nie ma zatem sensu, żebyśmy za stawkę tłumacza „rzeźbili w Calais” (kto nie wie, o co chodzi, niech sobie ładnie i sprawnie wymówi powyższe :P), bo od tego są inni, tacy którym za to płacą. 

ŁG: Wiesz, to o czym ja często mówię, co niektórzy odbierają jako „prace niegodne tłumacza”, „poniżej” itd., to jest w znacznej mierze kwestia tego, że będąc mistrzem a przynajmniej w miarę samodzielnym czeladnikiem w jednym konkretnym fachu nie powinno się robić za ciurę w innym.

Tłumacz, który ma konkretny zawód, podobnie jak lekarz czy prawnik, nie jest od tego, żeby posłusznie merdać ogonem i wykonywać zadania, które klient biznesowy pragnie na niego przerzucić, bo szkoda mu czasu własnego personelu pomocniczego. I jeszcze potem będzie taki klient narzekał, że mu np. tłumacz przysięgły troszkę krzywo przeskanował tekst tłumaczenia albo tłumaczka medyczna marginesy nie do końca wyrównała tak jak w PDF-ie. Absurd, ale takie właśnie absurdy się nakręca przez brak ucinania tego w zarodku, sygnalizowania oporu materii już wtedy, kiedy problem dopiero się zaczyna. Niektórym ludziom pewne rzeczy trzeba po prostu powiedzieć albo pokazać bardziej „fizycznie”.

Niczego nikomu nie ujmując, nie po to się zdobywa określony zawód, aby potem służyć za niewykwalifikowaną siłę pomocniczą dla innych zawodów.

KK: Ha ha ha, to jest właśnie główna przyczyna, dla której w pewnych kręgach uznawana jestem za osobę zarozumiałą: ponieważ odmawiam pracy poniżej kwalifikacji. Szanuję swój wysiłek, szanuję swój czas – te zainwestowałam we własne wykształcenie (formalne i nieformalne) i nie widzę powodu, dla którego szacunku tego miałyby nie podzielać osoby, z którymi współpracuję, analogicznie do tego, jak ja szanuję ich czas i wysiłek włożony w zdobywanie kwalifikacji (i znowu: zasada wzajemności, o tym już było, nie?).

ŁG: Tu może być tak, że osoba reprezentująca klienta coś sobie w jakiś sposób układa, szufladkuje, ewentualnie próbuje — mniej lub bardziej nieświadomie — stworzyć pewną praktykę, a każda praktyka zawsze musi się zacząć od jakiegoś pierwszego precedensu czy dwóch. W każdym razie kiedy się wyczuje taką częściową utratę kontaktu z rzeczywistością (wprowadzanie sobie do takiej rzeczywistości pewnych zmian, bo tak wygodniej), to trzeba go naprawić, a nie samemu się do niego dostosować. Gdyby klient ogłosił pewnego dnia obniżenie naszego wykształcenia o jeden poziom czy tak odjęcie ze dwóch lat doświadczenia, obawiam się, że znaczna część tłumaczy łyknęłaby to gładko i żyła sobie dobrze z klientem dalej. A tu trzeba przerwać rozmowę, wybić rozmówcę z rytmu, poprosić o skonfrontowanie z rzeczywistością, ostatecznie to wymusić albo się wymiksować.

KK: Dotychczas w zasadzie chyba nieźle wyszłam na ortodoksyjnym przestrzeganiu tej zasady, co dowodzi, że ma to sens. Myślę w tym momencie o sytuacji sprzed ponad 2 lat, gdy wyjechałam do UK, zasadniczo bez „przygotowanego gruntu”, praktycznie w środku martwego sezonu tłumaczeniowego (tj. w momencie, gdy tłumaczeń ustnych praktycznie nie ma), wynagrodzenie z tytułu tłumaczeń pisemnych wpływało w złotówkach (czyli dzielimy przychód na 5 – wg kursu z tamtego okresu) i nie do końca wiedziałam, jak wyjazd wpłynie na moje relacje ze stałymi klientami, czy w ogóle będę nadal wykonywać tłumaczenia konferencyjne, czy komuś będzie się opłacało ściągać mnie z Londynu do Warszawy, Poznania, Katowic czy Krakowa. Przyznaję, że początki były trudne, zwłaszcza, że po 6 tygodniach dołączyły do mnie dzieci, a po kolejnych 5 tygodniach również mąż i cała menażeria J Niemniej postawiłam sobie za punkt honoru nie podejmować pracy poniżej posiadanych kwalifikacji i wkrótce po spełnieniu wymogów formalnych (czyt. przesłaniu tony papieru do wskazanych instytucji), zaczęłam pracować w londyńskich podstawówkach jako supply teacher, czyli taki nauczyciel na zastępstwo krótko- lub długoterminowe, dzięki czemu nie muszę przyjmować zleceń szkolnych w okresie, gdy mam nadmiar tłumaczeniowych, natomiast mogę angażować się mocniej w nauczanie w martwym sezonie tłumaczeniowym, i to na chwilę obecną świetnie reguluje moją sytuację. Żal mi zupełnie szczerze, gdy czytam na forach, że przecież wszyscy Polacy, którzy przyjeżdżają do UK podejmują podrzędne prace… bo to pokazuje, jak nisko cenimy własne kompetencje, jak źle sami o sobie myślimy i jak wiele – jako naród – mamy do zrobienia w zakresie poczucia wartości. Natomiast są też przypadki bardzo pozytywne – myślę tu o Marcie Stelmaszak chociażby – i oby było ich więcej.

ŁG: Również w kraju zachodzi niebezpieczeństwo powierzania tłumaczom i przyjmowania przez tłumaczy zleceń na zasadzie praca w biurze na ¾ etatu plus ¼ na zmywaku, musisz wziąć jedno i drugie. Tak wyglądają opisy stanowisk w ogłoszeniach o pracę, tak czasem wyglądają zamówienia na tłumaczenie — tłumaczenie i coś jeszcze albo coś zamiast. Często wycenione już przez klienta — i wycenione na poziomie wynagrodzenia za roznoszenie ulotek.

Nie ma potrzeby, aby takimi rzeczami zajmował się tłumacz. Tłumacz jest naiwny, jeśli myśli, że przyjmowaniem takich dyspozycji zapewni sobie szacunek i sympatię klienta. Wręcz przeciwnie: przyczyni się do dalszego zaniżania swoich kwalifikacji w rozumowaniu klienta i dalej być może będzie już tylko gorzej. To się też odbije na stawkach. Uważam, że trzeba być elastycznym i pomocnym, ale są granice. Pomoc i elastyczność powinny wynikać z potrzeby, a nie z wygody i nie z dopasowywania się czyichś cudacznych wyobrażeń. Jeśli zadzwoni klient i powie „Pani Marysiu, proszę mi zamówić pizzę do firmy i jeszcze hydraulika” albo „znaleźć jakiegoś dobrego fryzjera dla córki”, bo „wie pani, ja wolę załatwiać wszystko w jednym miejscu”, to jaka będzie nasza reakcja? A podobnym mechanizmem rządzi się dorzucanie różnych prostych prac biurowych i technicznych do zleceń tłumaczeniowych.

KK: Wspominałeś natomiast o fuzzy bandach, matchach i innych dziwnych Tradeuszowych (czy ogólnie kocich [CAT tools]) cudowiankach w kontekście biur tradycyjnych i nowoczesnych. Co zatem zrobimy z Sytuacją nr 3? Dajemy im tę zniżkę, czy nie? Osobiście, podobnie jak tłumaczka zgłaszająca w/w sytuację „generalnie odpowiadam, że nie stosuję rabatów”, bo jestem tradycjonalistką w tej materii i uważam swojego kota za własne zwierzę, a jego wykorzystywanie w celach dowolnych za tajemnicę warsztatu (mam nadzieję, że nikt mnie o zoofilię nie posądza…), niemniej nie to mnie w całej sytuacji szczególnie uderzyło. Dość przerażająco zabrzmiała druga część zdania „Generalnie odpowiadam, że nie stosuję rabatów, ale z tym klientem niestety nie będzie to możliwe”. Co to znaczy, że nie będzie możliwe? Stwierdzenie, że coś jest niemożliwe kończy negocjacje, tak? Pytanie: czy o niemożliwości tłumaczkę poinformowało biuro, czy „wyczuła”, że się nie da? Jeśli pierwsze – no cóż, ustalam na ile mi zależy długofalowo na tym zleceniodawcy i albo faktycznie idę na ustępstwa (jeśli zleceniodawca fajny, ciekawe teksty, dużo zleceń, stawka podstawowa b. kulturalna i takie tam…), albo trzymam się swojego światopoglądu i mówię ‘żegnaj’ bez żalu. Jeśli drugie, to… dlaczego sam/ sama zamykam sobie drzwi, którymi nikt mi (jeszcze) w twarz nie dał? Jeśli się boję, czy nie potrafię rozmawiać o pieniądzach, to polecam ciężko przestraszonym wpis „Pecunia Non Olet” sprzed kilku lat, który w kilku punktach nakreśla, jak to można zmienić. Mam dziwne poczucie, że w większości sytuacji tak właśnie jest, że sami sobie zamykamy te otwarte drzwi, że ulegamy złudzie „ja mały człowieczek kontra Wielkie Biuro/ Wielka Firma etc.” i wchodzimy na pozycję poddańczą, podrzędną czy podporządkowaną. Nie tak to wygląda. Pracujemy jako przedsiębiorca z przedsiębiorcą (rozmiar nie ma znaczenia – tak to szło, Łukasz? :P), w związku z czym jako samostanowiący podmiot (nie zaś pracownik, którego z pracodawcą – rzeczonym Wielkim Biurem czy Wielką Firmą – łączy stosunek pracy oparty m.in. na dobrowolnym podporządkowaniu) mamy identyczne prawo jak tenże klient do określania warunków współpracy – ba, w zasadzie jako pracownik również takie prawo mamy, choć jego zakres będzie nieco zawężony. Kwestia świadomości, wiary w siebie (choćby w wersji fake it till you make it) i asertywności oraz dobrej techniki – negocjacyjnej ma się rozumieć. Przy tej okazji warto wspomnieć o pewnym szkoleniu, Ty zdaje się jesteś zdeklarowanym uczestnikiem…?

ŁG: Mam poważną wątpliwość. Sam przyjmuję bez entuzjazmu propozycje obniżonych stawek za fuzzies, ale zasadniczo sam ich nie oferuję, chyba że chodzi o rozliczenie w trybie korekty czegoś, co wymaga dostosowania dat i nazwisk, ewentualnie prawie identycznej umowy różniącej się kilkoma klauzulami. Na analizowanie porównawcze zdania w dwóch językach przez informatyka i obliczanie na tej podstawie, ile to rzekomo mniej pracy tłumacz ma do wykonania — a na tym właśnie polega obliczanie procentów w CAT-ach — uważam, że tłumacze nie powinni pozwalać. To jest niepoważne. To tak jak gdyby kierowca, prawnik, ogrodnik czy nawet farmaceuta albo okulista ze szpitala siedział i oceniał w swej mądrości procentową ważność poszczególnych ruchów chirurga dla całej operacji.

KK: Powiedz to NFZowi, który wycenia procedury medyczne… to tak na marginesie.

ŁG: Wypada jednak zwrócić uwagę, że na uprzejme pytanie należy się uprzejma odpowiedź. Treść pytania może być mało przyjemna — co oczywiście znaczy, że treść odpowiedzi również nie musi przyjemna dla pytającego — ale nie można tutaj, jak to się mówi, „wyskakiwać z buzią”.

Słusznie, moim zdaniem, intuicja Cię wiedzie do tej drugiej części zdania, o której wspominasz. Tłumaczce zdecydowanie dajmy odetchnąć, tym bardziej, że nie mamy konkretnych danych, aby polemizować z jej oceną sytuacji. Wypada jednak zauważyć tak bardziej ogólnie, że wśród tłumaczy i biur jest taka postawa — może fatalistyczna, może psychasteniczna — że skoro klient coś powiedział, to jest to równie niezawodne i niezmienne jak prawo fizyki.

KK: Głupia i krótkowzroczna postawa, bo się mści – i na tłumaczu, i na biurze, i na samym kliencie.

ŁG: Otóż to. Nawet w sądzie (czy może raczej: a zwłaszcza w sądzie) można złożyć wniosek, aby sędzia uzasadnił wydany przez siebie wyrok. A przecież większość klientów nie chodzi w todze i w łańcuchu z orłem, nie wydaje wyroków w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, prawda? Zresztą jak jest wyrok, to jest i glosa, analizują to teoretycy i prawnicy, porównują z innymi orzeczeniami, weryfikują, opiniują. A u nas jest bezpośrednie kształtowanie przez słowa klienta świadomości tłumacza lub biura. Ktoś z tłumaczy lub biur mógłby mi teraz odpowiedzieć, że taki niby jest biznes. Tylko że w negocjacjach biznesowych jest zupełnie normalną i oczekiwaną rzeczą, że padają pytania „dlaczego tak?”, „na pewno tak?” i uwagi typu „ja uważam inaczej”, „musimy spotkać się w połowie drogi”, „pozwól, że cię przekonam do swoich racji”. No chyba że się negocjuje na kolanach, jeśli nie na łokciach.

KK: Wiesz, gdyby głupota umiała latać, mielibyśmy poważny kryzys w organizacji ruchu lotniczego, z uwagi na dzikie zagęszczenie pojazdów powietrznych J

Na tę okoliczność warto też pokazać pozytywny przykład korygowania opinii klienta w celu m.in. ochrony jego profesjonalnego wizerunku – dzisiaj wspominany w dyskusji na jednej z grup. Gwoli przypomnienia (a PT Czytelnikom przybliżenia):

Mail od klienta: „Robił pan dla nas tłumaczenie strony i teraz ją zmieniliśmy, pana teksty trochę też skróciliśmy. Teraz chciałbym pana poprosić, czy mógłby pan sprawdzić literówki, które zrobił automatyczny system. Oczywiście skoro chodzi o sprawdzenie a Pan już zna te wszystkie teksty poproszę o najlepszą cenę”. Zaglądam na stronę. Prawie wyłącznie nowe treści (jakieś 90%). Wszystko puszczone przez GT. Odpisałem dość grzecznie acz stanowczo. Poinformowałem co sądzę o tekstach z GT oraz poradziłem natychmiastowe zdjęcie kompromitujących firmę podstron. Pan błyskawicznie skontaktował się telefonicznie. W efekcie wszystko zostanie zlecone jako tłumaczenie (przynajmniej jeśli chodzi o polską wersję językową).

I tak to powinno moim zdaniem wyglądać. Win-win, wszyscy zyskali, nikt nie stracił – ani twarzy, ani dochodu, ani relacji biznesowej.

ŁG: W tym akurat przypadku myślę, że jest duże prawdopodobieństwo, iż nasz kolega-tłumacz trafił na bystrego rozmówcę, który początkowo nie wiedział, w jaki sposób powstały te zmiany i jak dużo ich w rzeczywistości było. Po otrzymaniu informacji od tłumacza uznał za stosowne je sprawdzić, a po sprawdzeniu — błyskawicznie skorygował. I to tyle. Żadnych kompromisów, ratowania twarzy ani innych tam. Zresztą tutaj raczej nie byłoby kwestii utraty twarzy przez klienta — chyba że w ogóle zrezygnowałby z korekty po GT — a po prostu ugięcia się przez tłumacza i przyjęcia sieczki do korekty po jakiejś super zniżkowej cenie. (Problem „najlepszej ceny” całkowicie pomijam, bo on wymaga w ogóle odrębnej rozmowy).

Nieco inaczej sytuacja 4. Ona, niestety, obrazuje brak krytycznego, takiego naprawdę logicznego, sensownego myślenia — często u osób wykształconych, sprytnych. Znowu — to chyba nie jest tak, że ludzie nie umieją myśleć albo nie chcą. Może raczej jakieś takie poczucie znikomej sprawczości, braku możliwości wpływania na dotyczącą ich rzeczywistość? A może nie czują się powołani? Nie wiem, trochę trudno zgadywać, ale każdy, kto nie jest typem naturalnego przywódcy czy tam innego gieroja, któremu nikt w kaszę nie dmucha, a musi funkcjonować w biznesie czy nawet po prostu w strukturze korporacji, urzędu — powinien dla własnego dobra zapisać się na jakiś porządny kurs asertywności, przeczytać dobrą książkę na ten temat. Na temat grzecznego, kulturalnego stawiania granic i komunikowania innym tego, gdzie te granice leżą. A także na temat niepoddawania się sugestiom.

Oczywiście wiadomo, że nikt nie lubi problemów, negatywnych niespodzianek. Ludzkie odczucie. Tylko trzeba uważać, gdzie się je kieruje, no i to nie odczucia powinny kierować nami, a przynajmniej nie każde, nie całkowicie. Dotyczy to także kogoś, kto w danych stosunkach jest klientem czy nabywcą.

Mówiąc dość lapidarnie, tłumacz wykonuje tłumaczenie, a nie sprzedaje ubezpieczenie od niezadowolenia klienta, od reklamacji, od humorów.

KK: Bardzo mi się podobają Twoje słowa o ‘niesprzedawaniu ubezpieczeń od złego humoru klienta’. To, co zadziwia, a niekiedy wręcz szokuje, to praktyka obciążania wykonawcy (tj. tłumacza) konsekwencjami układu biznesowego między zleceniodawcą (tj. biurem) a jego klientem. Dziwi mnie to o tyle, że za coś tę marżę sobie biuro nalicza, tak?

Prowadząc działalność polegającą na podzlecaniu czegokolwiek, my odpowiadamy przed biurem, a biuro – przed klientem i dobrowolnie ono nie może sobie wyskoczyć z szeregu, uzależniając własne działania wobec nas od tego, co nastąpiło na górnym poziomie opisywanego łańcucha pokarmowego, bo to zwyczajnie nie nasza sprawa, a tzw. ryzyko biznesowe zleceniodawcy. Klient docelowy ryzykuje, że dostanie skopaną robotę albo agencja-widmo pójdzie sobie z jego kasą; biuro ryzykuje, że klient nie zapłaci, tłumacz nie dostarczy, dostarczy zbyt późno lub dostarczy skopany tekst; my ryzykujemy, że nam pośrednik nie zapłaci, ale po to starożytni Rzymianie wymyślili umowy, żeby się przed tym chronić. O umowach też już w tym blogu było w poście „Kącik porad prawnych”.

ŁG: Jak wspomniałem, tłumacz nie jest od tego, żeby ubezpieczał, żeby pomagał w windykacji należności od niesolidnego klienta, żeby opracowywał rozliczenia między biurem a klientem itp. itd. Oczywiście reklamacje i podobne do nich żądania poprawek i zarzuty do tłumaczenia są bardziej merytorycznie związane z pracą tłumacza niż np. windykacja należności, ale absurdem jest takie postawienie sprawy, że to tłumacz odpowiada, jeżeli klient biura przestaje zachowywać się racjonalnie i zgłasza zarzuty, który nie mają pokrycia w rzeczywistości, odmawiając zapłaty. Tłumacz może tutaj — i powinien! — wykazać się większą elastycznością, solidarnością i wyrozumiałością niż „nic mnie to nie obchodzi, to wasza sprawa, zapłaćcie fakturę”. Ale — jeszcze raz powtórzę — przesuwanie na tłumacza winy, odpowiedzialności za niedogodności i przykrości wyrządzane przez klienta to jak obwinianie żony o to, że ma człowiek problem z teściami.

Druga rzecz, że niektóre biura faktycznie przesadzają z tym minimalizowaniem własnej aktywności, zwłaszcza jeśli przy okazji maksymalizują własną marżę lub minimalizują wynagrodzenie tłumacza lub jedno i drugie. W takiej sytuacji może lepiej byłoby zmienić profil działalności i zacząć działać otwarcie jako agencja pośrednicząca, coś jak pośrednik na rynku nieruchomości. Wtedy biuro zapewniające korektę, weryfikację, konsultacje, pełną obsługę klienta i ewentualnie jakieś usługi dodatkowe, gdzie tłumacz zajmowałby się tylko tłumaczeniem, występowałoby bardziej jako (zbiorowy) wytwórca, coś w rodzaju fabryki. I wtedy łatwiej byłoby jedno z drugim porównać, nie byłoby tylu nieporozumień. Część takich biur pośredniczący mogłaby się wyspecjalizować bardziej jako brokerzy załatwiający tłumaczenia konkretnym klientom, a część bardziej jako menedżerowie załatwiający zlecenia konkretnym tłumaczom. Czy wręcz jednoosobowym biurom tłumaczeń.

Jeśli biuro działające jako wytwórca przerzuca na tłumacza humory klienta, uznaje z automatu reklamacje klienta albo chociażby załatwienie reklamacji przerzuca na tłumacza — no takiej sytuacji trzeba stawić odpór. Tłumacze powinni jeden po drugim odmawiać podpisywania umów z biurami, które wymyślają różne takie klauzule w naszym odczuciu nieuzasadnione, nadmiernie ułatwiające im życie naszym kosztem.

KK: Zwłaszcza, że są to klauzule w wielu przypadkach uznawane za niedozwolone, z uwagi na nieproporcjonalność zobowiązań nakładanych na strony etc. Cóż – chciało się kapitalizmu to się go ma. I chyba właśnie sytuacja gospodarczo-polityczna wymusza na każdym, najdrobniejszym nawet przedsiębiorcy, posiadanie pewnej miary wiedzy z zakresu prawa – cywilnego i pracy, marketingu, zarządzania, księgowości i 1001 innych. W przypadku współpracy z biurami tłumaczeń występujemy jako odrębny podmiot gospodarczy, więc jest to układ równego z równym; w przeciwieństwie do kontekstu stosunku pracy, który z definicji zakłada relację podległości – pracownika pracodawcy.

ŁG: To jest dość naturalna sytuacja, polegająca na tym, że — jako „dostawca” czy inny „podwykonawca” — wchodzi się w dokładnie taką rolę, jaką wyznaczył nam w swoim biznesplanie ktoś, kto zarządza całością. Zostajemy po prostu określonym trybikiem w maszynie.

Zresztą jest to poniekąd bardziej praktyczne, abyśmy po prostu, jak to się mówi, „dołączali do jego zespołu” i wraz z nim realizowali potrzeby czy tam wymagania jego własnego klienta, niż gdyby on miał funkcjonować w dwóch całkowicie odrębnych umowach i stosunkach odnoszących się do tej samej rzeczy. Czyli gdyby np. stosunek biuro-tłumacz był całkowicie niezależny od stosunku biuro-klient, a biuro nie miało możliwości skorelowania jednego z drugim.

Tylko że, znowu, jest pewna granica. Zlecenie na zewnątrz tłumaczenia czy też wciągnięcie na chwilę do zespołu zewnętrznego tłumacza to co innego niż oddelegowanie wszystkich aspektów prowadzenia firmy i stosunków z klientem, choćby w zakresie tego jednego tłumaczenia, na tłumacza.

KK: Czyli wracamy do pytania, jaki jest dokładny zakres „kompleksowej, nie-taniej usługi”. W przypadku stosunku pracy jest łatwiej – wymóg opisu stanowiska załatwia sprawę. W przypadku współpracy b2b umowa jest przydatnym narzędziem.

W tym miejscu należy też wspomnieć o potrzebie równowagi. Jako tłumacze równoważymy m.in. „wyjście naprzeciw potrzebom klienta” z „ochroną własnych interesów/ korzyści”, w kwestii zakazu konkurencji, deadlines, dodatkowych usług typu OCR, edycja etc. Biura z kolei równoważą (a przynajmniej powinny) relacje z klientem docelowym i z tłumaczem-dostawcą-wykonawcą (jak zwał, tak zwał) przy okazji zastrzeżeń klienta do jakości tłumaczenia…

ŁG: Niestety niektóre biura z automatu przyjmują, że klient ma rację, bo „klient ma zawsze rację” czy „klient nasz pan” czy w ogóle bez refleksji, względnie mają założenie biznesowe uznawania każdej reklamacji. Być może taka służalcza już postawa jest wynikiem olbrzymiej presji na rynku, nie tylko cenowej, a może jakimś uproszczonym biznesplanem, ale tak czy owak uważam, że tłumacz nie może w czymś takim uczestniczyć, nie może tego legitymizować. To jest nieracjonalne, a to oznacza, że przekracza granice tego, co można akceptować.

KK: Chyba najbardziej kuriozalna wersja tej maksymy „klient ma zawsze rację” ma miejsce wówczas, gdy klient kompletnie nie zna języka obcego, z którego/ na który przekład został dokonany, a zaczyna kwestionować coś, czego jesteśmy pewni z okazji własnych kompetencji językowych, jak i pozajęzykowych (tj. tych stricte związanych z dziedziną tłumaczenia). Miałam taką sytuację, gdy „nasłany na przeszpiegi” na moje tłumaczenie ustne dobry znajomy klienta, jakoś-tam znający angielski, natomiast z zerową znajomością języka medycznego, zarzucił mi nadmierną rozwlekłość w języku polskim, bowiem tam, gdzie wykładowca rzucał nonszalanckie „PNMs” ja używałam kilku słów (potem, po wyjaśnieniu schodząc do jednego – najkrótszego z polskich synonimów), natomiast coś, co on znał pod hasłem „pierścień neuroretinalny” (od ‘neuroretinal rim’; obrzydliwa polska kalka skądinąd) ja określałam mianem „pierścienia nerwowo-siatkówkowego”. Stanęłam przed zadaniem wyłożenia klientowi (również niezorientowanemu w tematyce), jak się sprawy mają i dlaczego – w imię Nauki – nie zmienię podejścia.

ŁG: Moim zdaniem dobrze zrobiłaś. Patrząc od strony klienta, dużym problemem wydaje się asymetria informacji, ryzyko selekcji, w tym tzw. ryzyko moralne. Klient nie jest w stanie bezpośrednio i miarodajnie ocenić kwalifikacji tłumacza, nie dowierza mu też czasem na nieco innych płaszczyznach, a radzi sobie, jak umie. To trzeba zrozumieć, ale też nie trzeba pozwalać na to, aby zbyt merytorycznie oceniał nas czy poprawiał ktoś, kto nie zna języka. Taka osoba powinna poprzestać na tym, na ile w świetle dostępnych materiałów jest prawdopodobne, że dany tłumacz jest dobry, solidny itd.

O ile laik nie ma np. wiedzy teoretycznej mimo braku praktyki, czy odwrotnie, czy też z jakichś innych względów nie dysponuje akurat wystarczającą wiedzą, to wyznaczanie takiej osoby do weryfikacji, oceny, korekty itd. jest nieracjonalne. Z tego powodu nie należy się na to godzić. Tym gorzej jeśli godzi się na to profesjonalista, który ma obowiązek troski o swoją dziedzinę, o stan związanej z nią wiedzy i wiedzy o niej.

KK: Święte słowa – jako profesjonaliści jesteśmy zobowiązani troszczyć się o swoją dziedzinę, o stan związanej z nią wiedzy i wiedzy o niej. Trochę mi to – w pozytywnym znaczeniu – zalatuje przysięgą Hipokratesa, na użytek dowolnej dziedziny, czy też – szerzej rzecz ujmując – etyką zawodu. Obawiam się jednak, że w Polsce z etyką zawodową – pomijając kuriozalne zjawisko sumienia w medycynie – jest raczej cienko, brak jest jednolitych standardów, co przekłada się również na styl pracy. Jako dziecko głębokiego PRLu trochę tęsknię za systemową regulacją wielu dziedzin życia, chyba dlatego mieszkam w UK…

ŁG: Wracając do klienta, niech oni sobie np. zapytają — tylko za pierwszym razem, ewentualnie drugim, jeśli w międzyczasie zapomną — dlaczego „house” raz jest „domem”, a raz „domu”, nie wspominając o tym, że „schoolhouse” czy „courthouse” domem nie będzie. Tylko bez czerwonego długopisu w garści i nie w trybie „kontroli jakości” czy czego tam, o reklamacjach czy innych „issues with your translation” nie wspominając. A jeśli reagują odmową przyjęcia do wiadomości tego, że w języku polskim istnieją deklinacje — zwłaszcza po pokazaniu im źródeł — to można i chyba trzeba im współczuć jako ludziom przeżywającym bardzo bolesne zderzenie z rzeczywistością (bardzo ostre wyparcie), ale to jest sytuacja, na którą trzeba reagować zdecydowanym sprzeciwem, a nie samemu do niej się dostosowywać.

Mam wielki żal do tłumaczy o to, że postępują inaczej. To tak jak gdyby historyk pozwalał na to, aby szwagier wydawcy pouczał go o tym jak to Kazimierz Wielki odparł potop szwedzki.

KK: Zaciekawiło mnie właśnie, czy to jest specyfika sytuacji tłumacza w Polsce, czy tłumacza jako grupy zawodowej… Temat do zbadania i zdecydowanie na osobny wpis, bo przyznam szczerze, że jako zwierzę odosabniające się nie mam zbyt rozległej wiedzy o tym, co w półświatku piszczy globalnie. Natomiast coś mnie skłania do myślenia, że totalny brak jedności w obrębie grupy zawodowej jest mocno polski. My się nie umiemy jednoczyć jako naród, gdy jest stabilnie, gdy trzeba się wspierać i ulepszać sytuację, która jest. Mamy tendencję do jednoczenia się wyłącznie w celu obicia komuś mordy (pardon my French), obalenia systemu i rewolucji. W warunkach ewolucji natomiast dostajemy małpiego rozumu i uprawiamy „każdy sobie rzepkę skrobie” kierowani nienasyconą zawiścią wobec sąsiada (kolegi po fachu – niepotrzebne skreślić), który „ma lepsze”…. Ale zejdźmy na ziemię - co z sytuacjami nr 5 i 6?

ŁG: Sytuacje 5 i 6 to w sumie powrót do „jedynki”, ale mają one i dodatkowy wymiar, podobny nieco do „czwórki”. Wymiar, powiedziałbym, podobny perspektywy dziecka, które pewne sprawy rozumie w sposób bardzo uproszczony. To nadmierne uproszczenie nie polega tylko na tym, że ktoś nie chciałby płacić za dojazd lub nie chciałby za gotowość, za standby, płacić dokładnie tyle samo, co za faktycznie otrzymaną usługę. To akurat jest zrozumiałe. To trzeba zrozumieć i podejść do tego z pewną cierpliwością, bo po prostu każdy patrzy, przynajmniej początkowo, bardziej z perspektywy własnej niż cudzej. Tylko że rozsądny, dorosły już człowiek nie powinien spodziewać się, że ktoś inny będzie dla jego firmy pracować ze stratą dla swoich własnych finansów, swojej własnej działalności. Nie mówię tutaj o sytuacji, gdy ktoś spodziewa się, że np. państwo, społeczeństwo, zapewni mu dostęp do jakiejś formy pomocy życiowej (medycznej, prawnej, fachowej), której sam nie mógłby sobie sfinansować — to jest normalne. Natomiast inaczej to wygląda, kiedy ktoś sam się nastawia na generowanie zysku dla siebie, a oburza się na to, że inni nie chcą altruistycznie do tego jego interesu dokładać. Chyba już widzisz, dlaczego porównuję to ze spojrzeniem dziecka?

KK: Roszczeniowość – tak to widzę, może z niedojrzałości, może z utrwalenia nawyku. Pokolenie Y chyba z tego słynie, nie? I jest to moim zdaniem bardzo podobne do zgoła niebiznesowej sytuacji, gdzie ktoś oczekuje ryby a nie wędki np. od systemu opieki społecznej wspierając to argumentami „bo tak”, „bo mam dzieci”, „bo nie mam pracy” – jednocześnie nie robiąc nic w kierunku zmiany swojej sytuacji.

ŁG: To jest zresztą głębszy problem — w sytuacjach związanych z połączeniami komunikacyjnymi, dostępem do mediów, telefonu itd. — klienci mogą spodziewać się, że przedsiębiorstwo użyteczności publicznej dociągnie dostęp nawet tam, gdzie jest to mało opłacalne. Że na przykład listonosz pojedzie do innej wsi z jednym tylko listem, a wiadomo, jak się przedstawia porównanie czasu pracy i ewentualnie zużycia paliwa z ceną znaczka. A jeszcze przecież list jechał wcześniej pociągiem. Tłumacz jest taką „użytecznością publiczną” w sądzie jako tłumacz przysięgły, może być w różnych innych sytuacjach, ale zdecydowanie przesadzają firmy, które konstruują długie listy życzeń na temat tego, za co to one nie chcą płacić, a czego też nie powinien tłumacz uwzględniać w ogólnej cenie. Czyli, reasumując, ich zdaniem tłumacz powinien dołożyć się do ich interesu, bo coś tam.  Na przykład za darmo dojechać, za darmo przygotować się, za darmo jeszcze pozostać w gotowości przez jakiś czas, zrobić bezpłatną rezerwację i nie przyjmować w tym czasie płatnych zleceń, nawet jeśli ostatecznie rezerwujący klient zrezygnuje, przeczytać ze 150 stron niespójnych przewodników stylistycznych i innych wytycznych korporacyjnego klienta plus najlepiej analiza poprzednich tłumaczeń pod kątem zachowania spójności, a wszystko to do tłumaczenia o objętości 3-4 stron i oczywiście rozliczonego tylko za te 3-4 strony po normalnej stawce rynkowej. No to już jest koncert życzeń i znowu nawiążę do tego patrzenia oczami dziecka.

Oczywiście jakąś rolę odgrywa tutaj percepcja danej pracy — jak bardzo się ją szanuje czy uważa za w ogóle godną jakiegokolwiek wynagrodzenia.

KK: W tym kontekście zawsze mnie zastanawia, dlaczego do tłumaczy podchodzi się inaczej niż do prawników czy lekarzy. To, że prawnik bierze dużo, jest oczywiste i jasne, nikt nie próbuje negocjować, tylko skwapliwie wszystkie koszty pokrywa – i znowu, jest różnica „porada w kancelarii”, a „reprezentacja w sądzie” (czy jakkolwiek to się ładnie w Twojej branży nazywa), bo wiążą się z tym dodatkowe koszty – m.in. rzeczony dojazd, standby w przypadku opóźnień etc. Podobnie lekarz – nikt nie kręci nosem, że wizyta domowa kosztuje więcej niż porada w gabinecie, to jest wręcz oczywiste – skąd zatem wniosek, że tłumacz będzie się rozliczał jak telefon komórkowy wg taryfy z „naliczaniem jednosekundowym”, a nie jak na specjalistę przystało, wg faktycznego czasu, który poświęcił będąc do dyspozycji klienta, czyli dojechał do niego (czasem jest to podróż kilkugodzinna, np. trasa Newcastle – Londyn, w najszybszej wersji zajmuje blisko 4h), przebywał na terenie obiektu, gdzie ma być dokonany przekład będąc do dyspozycji (ale np. konferencja się rozpoczyna 40 min. później niż zaplanowano, bo prezydium zaspało po wczorajszej imprezie; u lekarza w kolejce jest obsuwa 1.5 godzinna; negocjacje w ministerstwie zdrowia są opóźnione o 8 godzin – to akurat autentyk z mojej kariery) i ew. w przypadku długiej podróży – dotarł do domu. Polski kodeks pracy stanowi, że droga z/do pracy traktowana jest jako część pracy; pracownicy agencyjni w UK definiują swój czas pracy od momentu wyjścia z domu, do momentu powrotu do domu z danego zlecenia, to jest bardzo sympatyczna praktyka i chyba warta zapamiętania oraz wdrożenia na nasz – tłumaczowy – grunt, nieprawdaż? Poza tym, znów ciśnie się na usta „poczucie własnej wartości”, „świadomość własnych kwalifikacji” i inne takie,  o których rozmawialiśmy chwilę temu.

ŁG: Po prawdzie, to zdarzają się prawnikom różne nieprzyjemne sytuacje na tle wynagrodzenia za ich pracę — np. klient kiedyś niewybrednie komentował czas, jaki zajęło mojej koleżance wypełnienie wniosku do KRS-u, który jego zdaniem dało się wypełnić szybciej. Takich historii od prawników można byłoby usłyszeć sporo, podobnie jak różnych tekstów od klientów, którzy nie mogą rzekomo zapłacić, a np. w dalszym ciągu prowadzą bardziej kosztowny tryb życia niż ten prawnik. Mitem jest, że wszyscy prawnicy i zawsze zarabiają dobrze. Podstawowym założeniem chyba jednak zawsze jest wynagrodzenie za pracę (no chyba że prawnik pracuje dla drugiego prawnika, wtedy to nie jest już takie oczywiste), a nie jakieś ciągłe próby takiego konstruowania rozliczeń, żeby prawnik dokładał do interesu klienta.

A dlaczego tłumacze są traktowani inaczej niż inne zawody? W jakiejś mierze być może dlatego, że sami na to pozwalają. Gdyby nie pozwalali, to w praktyce trudniej byłoby ich tak traktować. Być może swoim zachowaniem przyciągają takie postawy — w sumie to może wiązać się z „niewidzialnością” tłumacza i pewną taką skromnością, drugoplanowością jego działalności względem oryginału i jego autora. Na pewno jednak na tym problem się nie kończy. Może chodzi też o niechęć do zarabiania na znajomości języków obcych? Niechęć do tego, aby zarabiał na tłumaczeniu dla mnie ktoś, kto uczył się tego samego języka tak samo jak ja, tylko trochę dłużej? Może przekonanie, że bariera językowa stanowi jakąś taką trudność, na której nie powinno się zarabiać?

Dlatego tłumacze powinni zachęcać, inspirować klientów do patrzenia na to, w jaki sposób tłumaczenie otwiera drzwi, które bez niego pozostałyby zamknięte, zamiast patrzenia na tłumacza jak na celnika na grobli. Firmy również powinny patrzeć na tłumaczenie bardziej inwestycyjnie, a mniej jak na po prostu koszt.

KK: Celnik na grobli, ROTFL. Zgadzam się z tym, że tłumaczenie to inwestycja – w markę, wizerunek firmy, w przyszłe kontakty biznesowe, przyszłe zyski, przyszłe relacje firmy z innymi podmiotami. Poza tym my nie wnosimy sobą WYŁĄCZNIE znajomości języka, wnosimy całą wiedzę pozajęzykową, którą zdobyliśmy samodzielnie – w sposób formalny (Ty) lub nie (ja) – często ponosząc przy tym koszty (pieniężne i niepieniężne), spędzając długie godziny, bezsenne noce, czas wolny, urlopy etc. na zgłębianiu zagadnień, które tak naprawdę sprowadzają się do tego, żeby „klientowi dobrze zrobić”, tak? Bo do niczego innego tego na co dzień nie wykorzystujemy. No, chyba że do podpompowania swojego „ego” J

ŁG: Ktoś może jednak zapytać, dlaczego zachowujemy się tak, jak gdybyśmy mieli prawo od nich tego wymagać? No bo mamy. To znaczy nie mam oczywiście prawa stanąć jako osoba, która ich ocenia i rozlicza, bo nie jestem akcjonariuszem, audytorem itd. Ale od przedsiębiorcy, od człowieka biznesu, można oczekiwać postępowania racjonalnego, działania na korzyść firmy, zachowań nastawionych na umożliwienie firmie rozwoju i optymalnego funkcjonowania, a nie na podcinaniu jej skrzydeł ze względu na uleganie nastrojom i zatwardziałość w jakichś, no przepraszam za słowo, ale dość naiwnych postawach. W każdym razie mamy prawo spodziewać się, że druga strona będzie działać we własnym interesie, a nie wbrew niemu, i że to raczej ona będzie tym zainteresowana i za to odpowiedzialna — a nie my jako tłumacze, którzy z reguły nie jesteśmy personelem biznesowym ani doradczym klienta, nie mamy fiducjarnej odpowiedzialności za troskę o działanie i rozwój jego firmy — a on ma.

KK: Fi-jakiej odpowiedzialności? Nie wiem, czy aby mnie nie obrażasz… A, OK, już sobie tutaj sprawdziłam.

ŁG: Tak więc twierdzenie, że te szopki powinny się wreszcie skończyć można wyprowadzić z tezy, że osoby zarządzające firmami, czy jako właściciele, czy  jako pracownicy, powinny dbać o ich interesy, a nie robić fuszerkę w imię trywialnych oszczędności na krótką metę.

KK: Morał? Niech każdy robi solidnie, co do niego należy, z adekwatną troską o innych, a będziemy pracować w tandemie zadowolony tłumacz i zadowolony klient. I oby zawsze tak było.



Galeria