wtorek, 2 lutego 2016

Jak się cenisz, tak Cię piszą.

I znów mnie sprowokowali koledzy z grupy twarzoksiążkowej. I znów o stawkach będzie. Muszę, bo się uduszę...

Młody kolega, świeżo w zawodzie jak rozumiem, pyta o wycenę tekstu. Tekstu, jak pisze, jest 15 tys. znaków (domniemam, że ze spacjami, bo jeśli nie to jeszcze gorzej...), radzi się w kwestii wyceny (zaproponowano mu 250 zł za całość). OK, młody jest, wybaczyć można. Tekst, co istotne, techniczny. 

OK, wykonałam swoje słupki zatem i wyszło mi, że 15 tys. znaków to 8.33 strony po 1800 zzs każda (zakładając, że kolega operował danymi w wersji "ze spacjami"), a zaproponowane 250 zł oznacza, że będzie tłumaczył tekst techniczny za 30 PLN od strony z rozliczeniem do 2 msc po przecinku (mało profesjonalny sposób rozliczania skądinąd). Na jego tekście ktoś kiedyś zarobi daleko więcej niż 30 PLN od strony, podkreślę, więc czemu specjalista ma być traktowany jak piąte koło u wozu i sprzątaczka? Nie pasowało mi to i zapragnęłam się odezwać, tymczasem...

... tymczasem odezwał się kolega doświadczony. Kolega doświadczony orzekł, że "stawka 14-15 groszy za słowo źródłowe to normalna i dobra stawka dla tych, którzy znają się na danej dziedzinie". Tym samym pogrzebał on moje szanse na zachowanie wielkodusznej cierpliwości, dobroci i panowania nad sobą. Bowiem zakładając że przeciętna strona a 1800 zzs zawiera jakieś 225 słów (a tego mnie uczy doświadczenie), stawka za stronę zmienia się wówczas do... WOOW... 31 PLN! I to pisze doświadczony kolega. O osobach "znających się na danej dziedzinie". I bomba wybuchła, bo nie wytrzymałam... Więc napiszę też tutaj, PT Czytelnikom pod rozwagę, o co mi właściwie chodzi.

1. Myślenie niskobudżetowe szkodzi wszystkim, bo obniża poziom wynagrodzeń w całej branży, więc im więcej ludzi uda się z takiego myślenia wytrącić i "nawrócić" na to, by się cenili, tym lepiej dla wszystkich tłumaczy. 

2. Uczenie młodego adepta, że ma się cenić, jak panna na drodze krajowej nr 50 w okolicach Kołbieli (zamiast, na przykład, luksusowa escort girl, która w telefonie ma wyłącznie numery prezesów wielkich firm), jest niedźwiedzią przysługą, bo wyrabia beznadziejne nawyki na przyszłość i nie uczy szacunku do samego siebie, swojego czasu, swojej wiedzy, doświadczenia i ciężkiej pracy.

3. Z wysokością stawek i spójnością strategii w tym zakresie wiąże się również kluczowy dla powodzenia w branży aspekt - wizerunek. Jak się cenisz, tak Cię piszą. Ile Ci płacą, tak Cię piszą. Wolę być mercedesem, do którego wszyscy wzdychają, oszczędzają nań, chwalą się tym, że go kupili lub wypożyczyli, bo w ostatecznym rozrachunku wychodzi to lepiej niż gdybym była małym fiatem, którym swego czasu jeździła cała Polska. Mniej pracy, lepszy PR i docelowo lepszy efekt finansowy. Oczywiście wizerunek jest równie nierozłącznie związany ze spójną strategią jakościową, ale to - zakładam - jest tzw. 'oczywistą oczywistością'. 

4. Umiejętne budowanie wizerunku jest doskonałym antidotum na bolączkę pt. "dobrzy tłumacze, którzy poszli w niskobudżetowość", czyli "Co mam zrobić, skoro Kowalski za płotem do każdego zlecenia robi klientowi loda gratis?". Jeśli klient otrzymuje jasny przekaz dotyczący korzyści, jakie płyną ze współpracy ze mną; tego, co różni mnie od innych Kowalskich czy Nowaków; gwarancji i obietnic oraz podstaw do zaufania w sens, celowość i zysk ze współpracy ze mną, to żaden Kowalski mi nie straszny. On zresztą pewnie tkwi non stop przy maszynie do lodów, bo klienci do niego walą drzwiami i oknami, więc swojego wizerunku nie buduje. Przestaje więc być moją konkurencją. Siedzimy na dwóch różnych grzędach, a moja jest wyżej.

5. Ktoś może powiedzieć (a zaręczam, że mówią i jest to jeden z najczęściej podnoszonych argumentów), że co ja tam wiem, siedzę sobie na Wyspach, opływam w dobrobyt, pracuję dla Brytyjczyków za brytyjskie stawki i w ogóle... Cóż, rozczaruję Państwa, ale 90% moich klientów to Polacy - osoby fizyczne lub firmy prowadzące działalność na polskim rynku. Co więcej, płacą mi w złotówkach. I owszem, całą tę politykę cenową, którą ze szczegółami opisuję m.in. na niniejszym blogu, ale też grupach dyskusyjnych i w komunikacji z tymi, którzy o to pytają, na polskim gruncie wdrażam od lat. Przyznaję, że początki były koszmarne (chyba o tym pisałam, jak zaciskałam zęby odsyłając klienta na przysłowiowe drzewo z uwagi na b. niską proponowaną stawkę, z przerażeniem myśląc o tym, że już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni ze zleceniem...), przyznaję, że wymaga to zmiany sposobu myślenia przede wszystkim, ale jest możliwe. A skoro jest możliwe w tym konkretnym przypadku, to znaczy, że możliwe jest w każdym przypadku, tylko przypadek (tj. tłumacz) musi zwerbalizować w sposób nie pozostawiający wątpliwości, o co mu chodzi. 

6. Skoro o zmianie sposobu myślenia mowa... powtórzę się zapewne (ewidentnie jednak biblijna metoda wpajania = powtarzania raz po raz ma głęboki sens, skoro problem wraca jak bumerang), niemniej naprawdę nie ma obowiązku bycia osobą samozatrudnioną, takim mikroprzedsiębiorcą. Tak jak nie ma obowiązku prowadzenia biura tłumaczeń. Aby odnieść sukces w biznesie (mikro czy makro, B2B czy B2C), niezbędny jest zestaw pewnych umiejętności i "postawa przedsiębiorcy" (entrepreneurial skills and mindset, jak powiedzieliby starożytni Rzymianie). Postawa ta obejmuje m.in. podejmowanie ryzyka, zorientowanie na zysk, umiejętność negocjacji, myślenie strategiczne i zylion innych, o których wiele książek napisano, więc nie będę ich cytować - kto chce, ten znajdzie. I teraz "stając w prawdzie ze sobą" (znowu biblijne sformułowanie mi się nasunęło) aka dokonując wnikliwej samoanalizy, należy stwierdzić, czy ja ten zestaw cech posiadam, czy też nie. Mam? - Świetnie! Nie mam? - Pytanie: Czy aż tak bardzo chcę 'pójść w biznesy', że jestem gotów/ gotowa na dokonanie zmian, aby ten cel osiągnąć czy wolę pozostać przy status-quo? Jeśli nie wykluczam dokonania zmian, to się biorę za własną edukację i pracuję nad sposobem myślenia. Jak? Na różne sposoby: lektura, dołączenie do grupy networkingowej, wykłady motywacyjne, coaching, psychoterapia, studia podyplomowe z odpowiedniego zakresu (marketing, zarządzanie etc.), kurs negocjacji... każdemu według potrzeb. W efekcie powinniśmy nabyć umiejętności, których nam brak, a które pozwolą nam pewnie stąpać po grząskim gruncie small biznesu. Jeśli natomiast uznam, że nie ma sensu nic zmieniać, gdyż się nie da, to kupuję Gazetę Wyborczą w poniedziałek, przeglądam dodatek "Praca" i uciekam z biznesów, gdzie pieprz rośnie, bo to nie jest miejsce dla mnie. Jeśli mam mentalność pracownika etatowego i to mi odpowiada, to po co gwałcić samego siebie i swój system wartości, prowadząc działalność, w której jestem własnym pracodawcą?

7. Wreszcie, bardzo fajne jest nauczenie się, żeby oddzielać zawodowe rzeczy, czyli marketing, wizerunek, zlecenia i ich wykonanie (ilość/ jakość/ cenę) od tego, kim się jest jako człowiek, bo wtedy nawet jeśli jest nam obiektywnie źle (brak zleceń, problemy finansowe, rodzinne czy zdrowotne), można sobie wizerunek pobudować w internecie, co obiektywnie nie wymaga ogromnego wysiłku. Czyli: nie masz zleceń - pisz bloga. Źle się czujesz, nie możesz się na robocie skoncentrować - pisz na grupie dyskusyjnej o dobrych czasach. Wtedy po jakimś czasie taka aktywność staje się automatyczna i bezwysiłkowa, stąd nie będzie sytuacji, w których brakuje wewnętrznej energii przez jakieś tam problemy czy okoliczności, więc nie można ruszyć z miejsca. A o to tu przecież chodzi, że "a jednak się kręci". 

Serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy dobrnęli do końca wpisu :) Powodzenia w działalności wdrożeniowej!!!

4 komentarze:

  1. Wiesz, myślę, że potrzebne jest jedno i drugie. Kolega niewątpliwie miał rację, wskazując na to, że w sektorze biur tłumaczeń stawka 0,14-0,15 zł/sł dla tłumacza z nieco wyższej półki niż zupełnie średnia to coś w rodzaju normy. Zarówno on miał rację w opisie zastanej rzeczywistości jak i Ty w charakterystyce tego, do czego trzeba dążyć. Warto jest oddzielić sein od sollen i mieć jasny obraz jednego i drugiego. Młodsi tłumacze straciliby do nas zaufanie, gdybyśmy na siłę nakłaniali ich do trwania przy stawkach, których realnie rzecz biorąc najprawdopodobniej nie osiągną, zwłaszcza gdybyśmy dodatkowo przy tym nieco kulejącą adaequatio rei et intellectus. Dlatego musimy mówić im otwarcie jak jest oraz jak być powinno, ale nigdy kosztem zatracania trzeźwego obrazu sein po to, aby mocniej przez to ugruntować sollen.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla równowagi podam fakt biograficzny. Jako początkujący tłumacz zdarzało się, że przez większą część miesiąca nie miałem zleceń. Ale za to skromniutką pensyjkę wyrobić przez tę pozostałą część miesiąca z pewnością dawało. A jak nie tego, to następnego. Rzecz w tym, że jeśli już nie da się przeskoczyć zarabiania mało, to przynajmniej można zarabiać mało nie pracując zarobkowo dużo, resztę czasu poświęcając na naukę, rodzinę itd. Nie jest przecież metodą przejście z 2500 zł/m-c otrzymywanego z 50 stron na 2500 zł/m-c otrzymywanego ze 100 stron, 150 itd. Tłumacząc mniej ma się też czas na maksymalne przemyślenie i dopieszczenie tłumaczeń, co oznacza wyższą jakość i wyższe tempo nauki ze względu na większą efektywność w zdobywaniu doświadczenia (doświadczenie to wypadkowa zdarzeń i przemyśleń, nie tylko zdarzenia).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, bo chodzi o to, żeby zarobić i się przy tym nie narobić :) Wszak po coś się człowiek te lata całe uczył.

      Usuń

Galeria