wtorek, 22 grudnia 2009

Elementy zoologii w przekładzie :) - cz. 2

Tym razem, zgodnie z zapowiedzią, będzie o ośmiornicy.

Tłumacz przypomina ośmiornicę z kilku względów. Przede wszystkim, jak głosi opinia obiegowa, odnóża ośmiornicy są wielofunkcyjne i pozwalają jej na koordynację kilku zadań jednocześnie. Podobnie wielofunkcyjnym zwierzęciem powinien być tłumacz, z wysoce pożądaną umiejętnością koordynacji kilku projektów, godzenia interesów różnych grup (np. przy przekładzie negocjacji), ogarnięcia kilku dziedzin - i tu się zatrzymajmy. Warto poświęcić kilka linijek tekstu rozważaniom nad odwiecznym konfliktem: wielofunkcyjność kontra specjalizacja. Obie opcje mają chyba równe liczebnie obozy zwolenników i przeciwników. Obie opcje niosą za sobą różne korzyści oraz niebezpieczeństwa. Przyjrzyjmy się im bliżej. Wielofunkcyjność - nierozłącznie związana z różnorodnością, daje możliwość "spróbowania świata", co jest fajne na początku kariery, kiedy człowiek nie ma jeszcze pewności, w czym chce utkwić do końca życia. Oferuje również sposobność zdobycia doświadczeń w szeregu dziedzin, stąd większe poczucie sukcesu i rozwoju - z każdym dniem (początkujący) tłumacz uczy się czegoś nowego, odmiennego... czegoś, czego być może nie będzie miał okazji ponownie wykorzystać w praktyce :-), albowiem jako tłumacz wielofunkcyjny następnego dnia otrzyma zlecenie z zupełnie innej dziedziny. I nauka znów zacznie się od nowa...

Czy warto? Czas na omówienie wad takiej sytuacji zawodowej. Z pewnością naczelną przykrą konsekwencją jest tu fakt, iż owo - z pozoru szerokie - doświadczenie zawodowe i wiedza zadziwiają wręcz, a nawet szokują swoją płytkością. Czy "tłumacz wielofunkcyjny" z dwuletnim stażem po przełożeniu 2 instrukcji obsługi maszyn ciężkich może stanąć w szranki z wiedzą i doświadczeniem tłumacza technicznego z dwuletnim stażem, który takich instrukcji przełożył, powiedzmy, 20 ? Albo: czy ten sam tłumacz, mając w CV przekład 3 kompletów dokumentacji pacjenta, może stwierdzić, że jego wiedza z zakresu terminologii medycznej nie ustępuje w niczym kompetencjom tłumacza medycznego, który całe dwa lata poświęcił przekładowi takiej dokumentacji oraz kilkudziesięciu artykułów naukowych? Ryzyko nr 1 brzmi: robiąc wiele, można pozostać nikim. Ale ale - czytelnik zawoła - a ten ogromny postęp opisywany zaledwie 10 linijek tekstu wyżej? Otóż, jest to szczególny rodzaj złudzenia...

Wtajemniczeni z pewnością pamiętają z zajęć dla studentów pierwszego roku (jakkolwiek by się nazywały: metodyka, teoria uczenia się i nauczania, czy cokolwiek fantazja władzom Alma Mater podsunęła do uczonych głów), iż na etapie początkowym nauki języka obcego (a cokolwiek by mówić, technolekty wszelakie to narzecza obce - czy jest to specjalistyczna terminologia branżowa w języku ojczystym, czy w drugim języku, choćby nasze kompetencje językowe sięgały pułapu dwujęzyczności) postęp dostrzega się z łatwością i jest on dość wymierny, podczas gdy na etapie średniozaawansowanym postępy stają się subtelniejsze, stąd ich zauważenie jest utrudnione. Skoro zatem technolekty to języki obce, można się spodziewać, iż początkowy z nimi kontakt zaowocuje szybkim i widocznym postępem (z wiedzy pt. Nic, robi się Coś), który wraz z nabywaniem doświadczenia i dłuższym/ częstszym obcowaniem z technolektem będzie zdawał się spowalniać. Spowalniać - bo przejście z ogólności do pewnego poziomu szczegółowości może już nie być tak spektakularne jak kontrast "nic-coś". I tu tkwi kolejne ryzyko. Harmer (tak, państwo angliści, ten sam dobry Harmer, The Practice of English Language Teaching, s. 44) nazywa je pięknie "plateau effect". Polega ono, mówiąc oględnie, na zagubieniu człowieka w gąszczu tego, czego już dokonał oraz jego rzeczywistych możliwości. Osoba ucząca się drugiego języka, pisze Harmer, wobec braku widocznych postępów może dojść do wniosku, że nic więcej nie da się zrobić w tym temacie: zaakceptuje obecny poziom kompetencji językowych jako maksymalny możliwy do osiągnięcia i jako poziom satysfakcjonujący z punktu widzenia własnych potrzeb komunikacyjnych. Czy tłumaczowi - miłośnikowi słowa - może grozić coś podobnego? Może. Wracając jeszcze raz do przyjętego wcześniej założenia, że technolekty są językami obcymi, tłumacz mając do czynienia z mnogością technolektów, zdobywając w każdym z nich podstawowe umiejętności (kolokwialnie mówiąc "ogarniając sytuację") mógłby w pewnym momencie zagubić się... stracić z oczu obiektywny obraz tego, czego już dokonał, a czego jeszcze mu brakuje. Choćby z braku czasu oraz stałego kontaktu z danym technolektem, powszechnych problemów w przypadku tłumaczy wielofunkcyjnych, które uniemożliwiają zagłębianie się w szczegóły. Indukuje to osiągnięcia nieadekwatne do możliwości (underachievement). I to w zasadzie jest geneza zjawiska zatytułowanego "bylejaki, przeciętny tłumacz" - od których zachowaj nas Panie!

Jeśli zechcemy omawiany konflikt przeanalizować od strony ekonomicznej, wynik dla obu opcji może być właściwie ... taki sam. Gdzie zatem tkwi różnica? Cóż, Diabeł - jak w przysłowiu - tkwi w szczegółach. A szczegółem w tym przypadku jest odpowiedź jednostki na pytanie: co wolę - 200 x 25 czy 100 x 50? Pierwsza liczba w każdym z równań to liczba stron, druga zaś wartość to stawka za stronę. Stawki - jak uczy doświadczenie - rosną wraz z doświadczeniem tłumacza i wiążą się ściśle z oferowaną przezeń jakością. Najwyższe stawki osiągają zatem tłumacze, którzy posiadają a) wiedzę, b) doświadczenie - i są one nie tyle rozległe, co głębokie... oraz c) potrafią wykazać punkty a i b w postaci tłumaczeń wysokiej jakości. Wniosek jest prosty: jeśli tłumacz prezentuje podejście "jakoś to będzie" musi się napracować dwa razy więcej niż ten, którego dewizą jest "niech jakość będzie", aby osiągnąć ten sam efekt :-) Wrodzone lenistwo podpowiada mi, że wolę pracować mniej... Stąd jestem umiarkowanym zwolennikiem specjalizacji. Dlaczego umiarkowanym? Pisałam już o znaczeniu wielofunkcyjności na etapie dokonywania wyborów zawodowych. Wydaje się ona być nieodzowna, aby wybór był naprawdę świadomy, a przecież nie ma nic gorszego niż tradycyjne polskie "100 lat" w zawodzie (czy specjalności) wybranych przypadkowo czy omyłkowo! W pewnym jednak momencie do głosu dochodzi świadomość, że z tego przedszkola warto wyjść i przenieść się w rewiry dla starszych dzieci: i tak zaczyna się przygoda ze specjalizacją. Oczywiście, to moje umiarkowanie wynika także ze znajomości historii H. Forda i jego specjalistów od pojedynczych śrubek. Jeśli specjalizacja staje się zbyt wąska, tłumacz może mieć problem z odnalezieniem się na rynku (znacznie zmniejszone szanse na zlecenia z pojedynczej wysokospecjalistycznej dziedziny) i do drzwi zapuka brak płynności finansowej, rodząc na tę okoliczność zupełnie nieplanowane dzieci, którym na imię Frustracja i Stres. Jak głosi nauka znana jako zarządzanie pracą, nadmierna specjalizacja demotywuje. Stąd do podnoszenia motywacji pracowników (co z powodzeniem można robić samodzielnie uprawiając wolny zawód) stosuje się wszelkie rodzaje zmienności... Jak można to zrealizować praktycznie w zawodzie tłumacza? Zmieniając proporcje realizowanych zleceń na tłumaczenia pisemne i ustne na przykład. Narzucając sobie pewne rotacje w obrębie danej dziedziny: czyli jeśli doskwiera mi nadmiar zleceń - powiedzmy - okulistycznych i stają się one po prostu nużące, rozwijam kontakty z innymi gałęziami medycyny, co daje nowe emocje, nowy napęd do działania, a po jakimś czasie powrót do tego, co znane i bezpieczne, również będzie przyjemny.

Wracając do przykładu ośmiornicy: sporo daje do myślenia jej pożywienie. Odżywia się ona głównie niewielkimi organizmami morskimi: rybami, krewetkami, homarami... Raz na jakiś czas, porywa się jednak, z pozoru nierozsądnie, na większe cele: ptaki morskie czy nawet rekiny! Podobnie wygląda "dieta" tłumacza. Zlecenia, które stanowią o przeżyciu, to te, których nie widać. Które są drobne, niemal niewidoczne, i dopiero zsumowane pod koniec miesiąca urastają do ciekawych rozmiarów. Niemniej jednak, z ciekawości, dla zabawy, autopromocji, połechtania ego czy z dowolnego innego powodu tłumacz lubi czasem zapolować na rekina. I tak spotykamy polityków, przedstawicieli świata mediów - tych, których oprócz znawców naszej specjalizacji, zna również spora część społeczeństwa. Oni jednak służą jako "deser" :)

Na koniec drobna uwaga, komentarz do przemyśleń. Wiecie, kiedy umiera ośmiornica? Gdy jej potomstwo jest gotowe do samodzielnego życia. Gdyby i to przełożyć na życie zawodowe, to wszelkiego mentoringu od razu się odechciewa... Pozdrawiam Was, Kamilo i Piotrze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Galeria