sobota, 29 stycznia 2011

Pecunia non olet... ale na omlet wystarczyć musi!

Będzie o sprawach przyziemnych. Siedzi we mnie zadra od prawie miesiąca, od momentu opublikowania przez Najdemokratyczniejszą z Gazet artykułu "Czekam na przelew". Piszą w artykule przedstawiciele najrozmaitszych wolnych zawodów o tym, jak to na codzień ciężko im wyegzekwować należności od zleceniodawców. Przeczytałam, usiadłam (bo musiałam) i - używając terminologii koleżanek mojej Pierworodnej - cycki mi opadły :P (tak, tak, ja nawołująca do czystości języka romansuję na boku z młodzieżowym slangiem. Uprasza się purystów o niespalanie mnie na tę okoliczność na stosie)
Pisze zatem 33-letni kolega po fachu o radosnym nicku Marceli Szpak: "W dniu spodziewanego przelewu na internetowej stronie swojego banku jestem co godzina. Wiem, że zaczynają księgować od rana. Pierwsze wpływy powinny być o 14. Jeśli nie ma, to jest ciche "kur..". Potem im bardziej zaglądam, tym bardziej nie ma. Albo jakimś cudem pojawia się pod wieczór. Ale zazwyczaj nie."

Pytanie 1 - Z kim kolega współpracuje i dlaczego jest w tym aspekcie niewyuczalny, skoro już się zdążył "przejechać" parę razy?

Pytanie 2 - Czy kolega ma tylko jedno zlecenie miesięcznie, że leci jeden przelew i generuje masę stresu? Może wypadałoby popracować nad marketingiem własnych usług i rozszerzyć bazę klientów?

Komentarz 1 - Należy zorganizować sobie bazę zleceń i klientów w taki sposób, by żadną miarą nasza płynność finansowa NIE była uzależniona od jednego przelewu. I najlepiej przelewy te rozstawić w ciągu miesiąca, tak by mieć kilka zastrzyków gotówki w regularnych odstępach czasu.

Czytajmy dalej: "Więc następnego dnia rano wysyłam uprzejmego maila. Za każdym razem innego. Na przykład: "Witam, czy coś już wiadomo z rozliczeniami? Bo niestety nadal nie dostałem od Was umowy, choć planowaliśmy rozliczenie na zeszły miesiąc. Jeśli znajdzie Pan chwilę, żeby sprawdzić, jak rozwija się sytuacja, to byłbym wdzięczny za informację"

Hmm... kurs asertywności prosi o zainteresowanie.... tego typu korespondencję prowadzi się formalnie i surowo: Informuję, iż do dnia xx/xx/xxxx nie otrzymałem wynagrodzenia z tytułu xxxxx. Proszę o wywiązanie się ze zobowiązania wynikającego z umowy z dnia xx/xx/xxxx. Niniejsza korespondencja stanowi oficjalne wezwanie do zapłaty. Nie widzę powodu do dbania o dobre samopoczucie zleceniodawcy, jeśli on nie czuje potrzeby zadbania o moje. I nie myślę o sobie tak źle, by żebrać i błagać o łaskawe rzucenie mi ochłapu tego, co mi się słusznie i prawnie należy. Jestem profesjonalistą? Jestem. Wykonuję pracę? A jakże! A z tego tytułu mam prawo do godziwego i terminowo wypłacanego wynagrodzenia. Jeśli ktoś uważa inaczej, sugeruję co najmniej trening asertywności, a w zależności od innych uwarunkowań indywidualnych być może psychoterapię! (i nie, to nie jest ani żart, ani złośliwość)

Pytanie 3 - Na jakim świecie kolega-tłumacz żyje, żeby podejmować pracę BEZ uprzedniego zawarcia umowy, określającego jej przedmiot, termin wykonania dzieła, sposób rozliczenia i termin zapłaty?

Funkcję takiej umowy może pełnić choćby email ze zleceniem, obie strony korespondencyjnie uzgadniają szczegóły, potwierdzają je i wówczas praca jest wykonywana. Jeśli mam zastrzeżenia czy obiekcje co do wiarygodności klienta, proszę o przelanie zaliczki lub całości kwoty i dopiero po uznaniu konta wysyłam tekst. Ponadto już dość dawno temu starożytni Rzymianie wymyślili skaner. To niezwykle przydatne urządzenie pozwala na zapisanie podpisanej umowy w popularnym formacie *.jpg, *.pdf czy *.tif wówczas można go odesłać kontrahentowi i taką samą trasą otrzymać z powrotem - i już jesteśmy zabezpieczeni. Oryginały fruwają natomiast pocztą i nie trwa to dłużej niż realizacja zlecenia.

Komentarz 2 - Nie warto polegać na standardowych umowach przygotowywanych przez agencje, wydawców i kogo-tam-jeszcze. O profesjonalizmie świadczy posiadanie własnego szablonu umowy na wykonanie tłumaczenia pisemnego, konsekutywnego oraz symultanicznego oraz SAMODZIELNE wystawianie rachunków do tychże umów (dość oczywiste w przypadku osób prowadzących działalność gospodarczą, mniej oczywiste w przypadku realizujących umowy cywilnoprawne). I jeszcze małe post scriptum: Kto powiedział, że prowadząc działalność gospodarczą i fakturując nie zawiera się umów? Poważne firmy od tego zaczynają współpracę b2b.

Dalszy fragment perypetii i zwierzeń Marcelego Szpaka: "Prawidłowa kindersztuba czasami czyni cuda. Ale ci nadal mi nie zapłacili. To był jakiś bzdurny artykuł o zaletach piractwa internetowego, za przetłumaczenie którego miałem dostać 400 złotych. Ale niestety pismo upadło. Miesiąc po tym mailu przysłali mi umowę do wypełnienia. W ten sposób dowiedziałem się, że pismo wydawała akademia w Krakowie, więc teoretycznie kasa jest do odzyskania. Aha, przy okazji stawka spadła do 250 PLN. Wkurzyło mnie to, ale nie na tyle, żeby się szarpać. Szarpać się zaczynam od 500 w górę"

I jeszcze raz: żadna stawka nie spadnie, jeśli jest na nią podkładka w postaci umowy.

"Najpopularniejsza wymówka brzmi tak samo. W prawie w każdym wydawnictwie słyszę: szef nie podpisał umowy. I potrafi tak nie podpisywać przez kilka tygodni, co odbiera pole manewru, bo do szefa dostępu nie ma. A przecież nie będę wyżywał się na biednych paniach z redakcji. To tak jakby opieprzać panią na poczcie, że paczka się zgubiła. Więc cierpliwie nękam kolejnymi mailami."

No way! Szef nie podpisał? Aha - to ja nie zaczynam tłumaczenia...

W przypadku konferencji i pokrewnych, dążę do zawierania umów możliwie długo przed rozpoczęciem eventu i ustalenia tak drobnych szczegółów jak rodzaj krzesła, słuchawek w kabinie, napoje serwowane w trakcie eventu w ramach "płukanki do gardła" (żeby nie było "bo my mamy tylko wodę" - ja wody nie znoszę, zwłaszcza niegazowanej....). I równo zobowiązane są obie strony, każda z tytułu niewywiązania się ze zobowiązań krewna jest drugiej stronie adekwatne zadośćuczynienie. Problemów nie notuję.

Na co narzeka w kolejnych słowach Marceli Szpak? Posłuchajmy: "Nie za bardzo potrafię rozmawiać o kasie. Zresztą ja nie bardzo lubię rozmawiać z ludźmi. Telefonicznie ścigałem tylko jednego wydawcę. "

Uuuuu.... kochany... to na pustelnię albo na państwowy etat, a nie szczęścia szukać w wolnym zawodzie. Za rok, dwa, wyschniesz z frustracji i znikniesz.

Mój patent na rozmowę o pieniądzach i rozmowy z ludźmi? Bardzo proszę. Nie twierdzę, że "nigdy tak nie miałam". Skłamałabym - miałam bowiem, i to w znacznym nasileniu :) Z całym przekonaniem natomiast uważam, że:

Komentarz 3: Każdy może nauczyć się rozmawiać z ludźmi, i to rozmawiać z nimi o pieniądzach!

Komentarz 4: Trwanie przy status quo (nie umiem rozmawiać z ludźmi o kasie i takim mnie Panie Boże stworzyłeś, więc będę tkwił na pozycji ofiary losu do końca moich dni) jest błędem!

Co zrobiłam osobiście? Podzielę się, może się komuś przyda ten patent. Na początek trochę historii: Moje początki w tłumaczeniach to rok 2004, początek IV kwartału. Wcześniej były 4 lata pracy na państwowej posadzie - czyli 1 każdego miesiąca mikrowynagrodzenie przelewane na konto, 2 miesiące wakacji, 2 tygodnie ferii, 18 godzinny etat w miejscu pracy (plus ileś-tam w domu, wg potrzeb), przerzucanie tony zbędnych papierów i z roku na rok coraz mniej kontaktu z uczniami i coraz mniejsza satysfakcja finansowa... za to coraz większa frustracja. Taka sfrustrowana (i biznesowo zupełnie zielona) zlądowałam na rynku wolnych zawodów, po jakimś czasie odkrywając ze zdumieniem (w okolicy roku 2006), że właściwie to nie idzie mi z dwóch głównych powodów: a) nie umiem rozmawiać z ludźmi i b) nie umiem negocjować finansów (coś jak Marceli Szpak). Zatem w październiku AD 2006 rozpoczęłam studia podyplomowe, które zajęły mi rok życia i ca. 4 tys PLN, ale była to b. opłacalna inwestycja! Złapałam zupełnie inną perspektywę. Zaczęłam dostrzegać próby manipulacji, nauczyłam się w sposób nieszkodzący mnie i innym komunikować swoje oczekiwania, zrozumiałam jakie są moje mocne/słabe strony w zakresie umiejętności negocjacyjnych, nauczyłam się, w jaki sposób mogę zrobić z tych pierwszych użytek, jednocześnie unikając konieczności prezentowania tych ostatnich. Po roku, po dyplomie, sytuacja zaczęła się zmieniać. I chociaż nigdy oficjalnie nie pracowałam w nowym zawodzie, uznaję ten kierunek za jeden z lepszych wyborów, jakich w życiu dokonałam. Zlecenia zaczęły się pojawiać, ja umiałam wyjść "do ludzi" czyli sprzedać te usługi i wzbudzić ich zainteresowanie moimi kompetencjami. Rychło stworzyła się baza stałych klientów, głównie instytucji z mojego obszaru zainteresowań. Są ze mną do dziś. I skłamałabym mówiąc, że zdarza mi się, że ktoś nie płaci, bo NIE zdarza :)

Cytując Marcelego Szpaka: "Kiedyś gadałem z paroma znajomymi tłumaczami na Skypie i okazało się, że wszyscy czekamy na przelew. No to poczekajmy razem - pomyślałem i założyłem na Facebooku grupę "Czekam na przelew".

Jak zobaczyłem, że w ciągu 24 godzin zapisało się do niej tysiąc osób, to mi trochę szczęka opadła. Ostatnio nie zaglądam tam za często, ile można czytać narzekań."

A może warto zmienić grupę? Np na Rozwój Osobisty?

I puenta, mało trafiona, by Marceli: "I tak każde z nas walczy na własną rękę. Z różnym skutkiem. Moim sposobem jest uporczywa uprzejmość. Jestem miły, spokojny i namolny, aż wszyscy mają mnie dość i w końcu robią, co powinni. Więc nie narzekam. Nikt mi nie truje nad głową, robię coś, co daje mi całkiem sporo satysfakcji i przyjemny dochód. Średnio wychodzi jakieś 4 tysiące na miesiąc. Po prostu nie ma się tylko co nastawiać, że tyle będzie co miesiąc."

Aha, no to się dowiedziałam, że 4k w zawodzie tłumacza to "przyjemny dochód" i że nie bywa tak przyjemnie co miesiąc. Gdybym miała w perspektywie podobną przyjemność, pewnie cierpiałabym na mało przyjemną permanentną biegunkę, bóle głowy i inne objawy nerwicowe.... Ludzie złoci! 4 osoby z tego nie wyżyją, mieszkanie się nie spłaci, auto nie utrzyma, a taka jest moja perspektywa. Kiepska puenta. Naprawdę. Żałosna. Dlaczego żałosna? Dlatego, że można wykonywać ubóstwianą czynność za naprawdę godziwe wynagrodzenie i pracować z ludźmi, a nie taboretami. Tylko fajnie byłoby najpierw popracować, nad własnymi "ludzkimi" a właściwie "międzyludzkimi" (czy też makaronistycznie - interpersonalnymi) umiejętnościami.

4 komentarze:

  1. to ja może po kolei na te pytania, jak mnie już egosearch tu rzucił:

    Pytanie 1 - z szeroko pojętym 'rynkiem ksiązki' w Polsce, od wydawnictw olbrzymich, po małe. fun fact: opisane w tekście sytuacje najczęściej dotyczą największych.

    Pytanie 2 - Oczywiście nie, ale nie da się ciągnąć więcej niż 3ch dużych literackich zleceń jednocześnie, bez uszczerbku na jakości tłumaczenia i tyrania po 12h dziennie. Czas na wykonanie takiego zlecenia to przeciętnie od 2ch miesięcy do 5, czasem trafi się zaliczka na dzień dobry, częściej nie, więc trzeba sztukować budżet drobiazgami z biur, za którymi nie zawsze jest czas się rozglądać, bo np masz już w komputerze 600 stron rozliczeniowych do zrobienia. Oczywiście mógłbym szukać kabin, szeptanek, zrobić przysięgłego i tłuc druczki, ale nie po to chciałem tak właściwie robić w tym zawodzie i nie w tym jestem dobry - dobry jestem w długich tekstach, którym trzeba poświęcić sporo czasu.

    @ - Należy zorganizować sobie bazę zleceń i klientów w taki sposób, by żadną miarą nasza płynność finansowa NIE była uzależniona od jednego przelewu.

    Nigdy nie jest, bo tłumaczenia to nie jedyne na czym zarabiam, ale że wszystkie inne moje prace to również UoD, to sytuacja z opóźnieniami lubi się powtarzać. I nie ma reguły, bo są wydawcy czy agencje reklamowe, które 3x zapłacą w terminie, a dwa kolejne nie. I wtedy dylemat - rezygnować ze zleceniodawcy, który daje np 750pln za arkusz, ale ostatnio mu się zdarza spóźniać powiedzmy o 2 tygodnie (wciąż jednak coś zleca), czy po prostu przyjąć, ze te 2 tygodnie to norma i wpisać je sobie jakoś do planowania wydatków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pytanie 3 - to jest jakieś ogólne niezrozumienie w tym artykule, nie mam pojęcia, skąd Ty i jeszcze parę innych osób, wywnioskowaliście, że pracuję bez umów. Nie siadam do roboty, dopóki wszystkie papiery nie są podpisane i wsadzone do teczki, a sytuacja opisana w artykule dotyczy samego rachunku, na podstawie którego dostaję wynagrodzenie. To właśnie wtedy najłatwiej zapętlić się w telefony od panci A do panci B, przez pancię C i nocnego portiera, z których każdy ma inny pomysł na to, dlaczego coś, co miało wpłynąć na moje konto, krąży gdzieś po korytarzach wydawnictw i w praktycznie każdym wydawnictwie ta struktura obiegu dokumentów jest zorganizowana tak, że telefonicznie nie dotrzesz do tej jedynej osoby, która wie na pewno, co stało się rachunkiem.

    @ Za rok, dwa, wyschniesz z frustracji i znikniesz.

    Nie jest tak źle, w końcu robię to już dobrych parę lat:)

    Komentarz 4 - problem byłby mniejszy, gdyby było z kim gadać. Podejrzewam, że w przypadku kabin i konferencji masz prościej, kontaktujesz się bezpośrednio z organizatorami, wiesz do kogo zadzwonić w przypadku fakapu, podczas gdy w wydawnictwach twoim jedynym kontaktem jest najczęściej redaktor/ka, która z reguły nie ma pojęcia o finansach, jej rola kończy się na przyjęciu tłumaczenia i wystawieniu rachunku. Wtedy rachunek wpada w strukturę wydawnictwa a reszta już zależy w dużym stopniu od kaprysu działu finansowego.

    @ no to się dowiedziałam, że 4k w zawodzie tłumacza to "przyjemny dochód" i że nie bywa tak przyjemnie co miesiąc. Gdybym miała w perspektywie podobną przyjemność, pewnie cierpiałabym na mało przyjemną permanentną biegunkę, bóle głowy i inne objawy nerwicowe.... Ludzie złoci! 4 osoby z tego nie wyżyją, mieszkanie się nie spłaci, auto nie utrzyma, a taka jest moja perspektywa.

    A to juz zależy od potrzeb. Mieszkanie się z tego spokojnie spłaca, nie mam 4 osób na utrzymaniu, samochody mnie nie interesują, mieszkam w miejscu, gdzie wszędzie jest tramwaj. Dwa - jak pisałem wyżej, tłumaczenia to nie mój jedyny dochód. Trzy - tłumaczenie książek jest z gruntu nieopłacalne (czasochłonne, męczące, niezbyt dobrze płatne) - ale daje dziką satysfakcje, mnie przynajmniej, podejrzewam, że podobną Twojej, gdy wyjdziesz z kabiny po 4ch sesji na temat jakiejś kompletnej medycznej abstrakcji i masz świadomość, że zrobiłaś to dobrze.

    Za dobre rady oczywiście dzięki, problem w tym, ze do wykorzystania większości z nich (własne umowy np, rozmawianie odpowiednimi ludźmi), trzeba by było całkowicie zmienić zasady panujące na rynku wydawniczym. Jakoś nie widzę chętnych.

    Pozdrowienia,
    Marceli

    OdpowiedzUsuń
  3. Marceli, pracowałam/ pracuję z wydawnictwami (medycznymi) i owszem, moje zapisy w umowach są. Czyli nie zmiana zasad, a negocjacje...
    Faktem jest, że symultana czy szerzej - eventy - to inny świat, ale dość łatwo jest od redaktora w wydawnictwie otrzymać "na dzień dobry" namiar na osobę z rozliczeń odpowiedzialną za projekt i z tą osobą pewne szczegóły sobie dograć. Mam trochę takiej korespondencji trójstronnej na skrzynce...

    Więcej wiary w siebie, a egosearch to chyba dobry jej początek :)

    Pozdr.
    KK

    OdpowiedzUsuń

Galeria