niedziela, 26 października 2014

Subiektywne sprawozdanie z pewnej konferencji


Początek października b.r., szczęśliwie sprzężony z Octoberfest oraz okrągłą rocznicą upadku muru berlińskiego spędziłam w Niemczech, konkretnie we Fryburgu, jadąc tam na intencję konferencji MedTranslate, która jak skutecznie sugeruje nazwa, przyciągnąć miała specjalistów świadczących usługi tłumaczeniowe w medycynie oraz instytucjonalnych odbiorców tych usług. I przyciągnęła.

Będąc raczej przeciwnikiem niż zwolennikiem zrzeszania się, fanem konferencji na których tłumaczę nie zaś tych, na których mam się czegoś uczyć siedząc na zadku, pojechałam tam... szczerze mówiąc tylko dlatego, że zaproszono mnie jako mówcę. Ot, taka moja prywatna ksenofobia wylazła. Jako mówca jednak poczułam się miło połechtana, odmówić nie wypadało, więc z prezentacją "Being a young medical interpreter… Everything you have always wanted to know but could not find out about medical interpreting” i pewną taką nieśmiałością oraz duszą na ramieniu, poleciałam do Szwajcarii, by na piechotę przejść do Francji, skąd autobusem pojechałam do Niemiec. Skomplikowane? A skąd! To tylko Euro-Airport w Bazylei :)

Całość miała miejsce w hotelu Panorama we Fryburgu. Hotel ten, z wielu powodów jest miejscem wyjątkowym. Oto niektóre z nich:

1) OWCE (żywe, śmierdzące świeżutką lanoliną) pasące się na zboczach tuż przy hotelowym balkonie. Nie wierzycie?! To patrzcie:





2) Absolutnie rewelacyjne jedzenie w hotelowej restauracji Chez Eric











Szczególnie polecam śniadania, jakich nie jadłam nigdzie indziej, a należy przyznać, że jestem raczej dobrze obeznana z hotelowymi menu w Polsce i Europie. Ogromny wybór, wszystko smaczne, świeże i wysokojakościowe - mogliby mnie tak karmić na codzień. + kilka kg na koniec pobytu :) :) :)

3) Basen w cichej i urokliwej części hotelu, coby kilogramy restauracyjne zgubić:



W komplecie z basenem jest cudowna sauna, której zawdzięczam odzyskanie słuchu (leciałam kompletnie przeziębiona, więc skasowałam sobie uszy przy pomocy różnicy ciśnień) i odetkanie nosa.

Tyle dla ciała. Co było w ofercie dla ducha, a raczej: dla umysłu?

Również sporo. W zasadzie dla każdego, na każdym etapie "wtajemniczenia", czy się pracuje z nauką czy z ludem (research vs community), czy paszczą czy klawiaturą (interpreting/ translation) można było coś dla siebie znaleźć, stąd w niniejszym subiektywnym sprawozdaniu skupię się na tym, co osobiście uznałam za ciekawe, istotne i potrzebne. Kolejność przypadkowa, no offence taken, please :) Ze względu na fakt, iż obrady toczyły się jednocześnie w dwóch salach, momentami szczerze żałowałam, że nadal nie potrafię się sklonować - przydałoby się.



Wątek mocno w stylu Marty M. Stelmaszak (kto zna, ten wie, kto nie zna, niech pobieży do Wujka Googla i zapyta, kto zacz, nie znając bowiem, wiele tracicie!), było o szacunku dla samego siebie, przekalkulowaniu co się nam opłaca i co chcemy uzyskać, poczuciu wartości, przeświadczeniu i stałym dbaniu, by jakość usług nie spadała nam (a wręcz przeciwnie) i uświadamianiu tego klientom (fraza: Educating the Client była jedną z najczęściej cytowanych i... kontrowersyjnych zarazem, co mnie osobiście wprawiło w osłupienie). Chyba jednak coś jest na rzeczy, że niektórzy zostają tłumaczami ze względu na możliwość schowania się za monitorem, zostaje im jednak poczucie "przepraszam, że żyję", w związku z czym zwykłe udzielenie wyjaśnienia zamawiającemu uważają za niedopuszczalną wręcz niegodziwość i godzą się na pracę za niegodziwe (no właśnie...) wynagrodzenie. Ha, stawki... o tym też było. Konstantinos mówił na ten temat, natomiast ze względu na brak możliwości klonowania, w drugiej sali mnie nie było... :( 



Mój osobisty faworyt spośród prezentacji konferencyjnych. Karen zaprezentowała się jako osoba niezwykle profesjonalna, o bogatej wiedzy i zrozumieniu tematu, podała nam szereg praktycznych informacji dotyczących redagowania i tłumaczenia artykułów naukowych, włączając w to praktyczne źródła (stałam się szczęśliwą posiadaczką kilku z nich i zdążyłam mądre rady wcielić w życie co najmniej 2 razy od momentu tej prezentacji --> Thank you VERY much, Karen!) Zresztą, żebyście Państwo nie żałowali, wejdźcie sobie tu i bierzcie, co chcecie, a sami zobaczycie...



Słuchałam sobie Emmy z zaciekawieniem i zaangażowaniem, aż po jakichś 15 minutach skromnie przyznała, że TO CUDO, które czytam dość regularnie, to jej blog! Oh, my - człowiek legenda. Sama prezentacja zawierała kilka ciekawostek technicznych, podpowiedzi, że formatki niektórych dokumentów SĄ dostępne (nie wiedziałam - serio!), skąd je wziąć i jak "urobić", żeby się nam z koteczkami (czyli CATami) nie gryzły. 



Z uwagi na 3 powyższe prezentacje czas spędzony we Fryburgu uważam za merytorycznie i funkcjonalnie uzasadniony.



Ach, zapomniałabym przez skromność (żart oczywiście :P). Moje 'gadanko' wyglądało tak:




...zostało b. dobrze przyjęte, generowało dyskusje w kuluarach - nikt w trakcie nie wyszedł z sali :)

Znaczy: Do następnego! Teraz było nas sporo, oby na kolejnej edycji było jeszcze więcej.




Zdjęcia buchnęłam Anne Diamantidis z profilu FB konferencji oraz hotelowi Panorama (via strona internetowa konferencji).

Special thanx to ANNE DIAMANTIDIS for being the Best Master of Disaster I've ever met :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Galeria